Argumenty proszę PDF Drukuj Email

Pisząc recenzję należy dokładnie zapoznać się z recenzowanym materiałem. Jeśli ma ona mieć charakter krytyczny analiza ta powinna być jeszcze głębsza i dokładniejsza. Niestety tych podstawowych cech nie spełnia tekst Piotra Kuligowskiego "Bezpaństwowy antydemokratyzm".

Aby zarzucić "Przeglądowi Anarchistycznemu" antydemokratyzm trzeba doprawdy wykazać się złą wolą lub nieznajomością tego tytułu. W oczach Kuligowskiego treści zawarte w piśmie budzą uzasadnione wątpliwości. Tak postawioną tezę wypadałoby jednak poprzeć argumentami silniejszymi niż wyrwane z kontekstu cytaty.

Przyjrzyjmy się co tak zaniepokoiło autora recenzji. Pierwszym niepokojącym elementem jest tekst "Faszyzm i antyfaszyzm" Jeann'a Barrot'a. W opinii Kuligowskiego stanowi on nieuzasadnioną krytykę demokracji, czego dowodem jest przytoczony cytat mówiący iż ustępowała ona przed faszyzmem. Przyrównuje on wręcz francuskiego komunistę do Korwina-Mikke, który też wypowiadał się przeciwko demokracji. Oznacza to,że zupełnie nie zrozumiał tematu krytykowanego artykułu lub nie zadał sobie trudu jego dokładnej lektury.

Barrot nawiązuje przecież do demokracji okresu międzywojennego i tym jak wycofywały się przed narastającą fala autorytaryzmów. Kuligowski zdaje się również nie rozumieć pojawiających się w tekście pojęć. Nie chodzi w nim o krytykę demokracji jako takiej, ale tej pośredniej, sterowanej przez państwo, dającej społeczeństwu złudne poczucie wpływu na sytuację i wolności, gdy w rzeczywistości sama tworzy ona warunki sprzyjające prawicowemu ekstremizmowi. Barrot pisze właśnie o tym jak wielu "demokratycznych" polityków stawało się zwolennikami faszyzmu widząc w nim ratunek przeciwko ruchom rewolucyjnym. Każdy ideowy lewicowiec powinien zdawać sobie z tego jasno sprawę. Jeśli chce się debatować nad problemem faszyzmu i antyfaszyzmu z lewicowego punktu widzenia, trudno nie przyznać racji tym, którzy mówią, że neoliberalni "demokraci" przyczyniają się do wzrostu nacjonalizmu czy szowinizmu właśnie przez antyspołeczna politykę,spychającą w nędzę całe grupy społeczne. Możemy przyjąć pro systemową postawę w stylu "Gazety Wyborczej" oraz innych opiniotwórczych środowisk rozróżniających jedynie neoliberalną "demokrację" i ekstremizm, ale nie jest to droga dla ludzi chcących zmieniać społeczeństwo czy poprawiać jego sytuację.

Dziwne jest też pomstowanie Piotra Kuligowskiego na antydemokratyzm, aby później zaatakować anarchistycznych publicystów przytaczając "trafną" argumentację Włodzimierza Ilicza Lenina, czyli człowieka odpowiedzialnego miedzy innymi za niszczenie samorządności pracowniczej.

Jednocześnie autor bardzo dziwi się istnieniu prądu ideowego takiego jak lewicowy komunizm gdyż Barrot jest według niego za lewicowego komunistę uznany przez redakcję ["Przeglądu Anarchistycznego"] Sugeruje tym samym, że cały nurt lewicy nawiązujący do prac Róży Luksemburg to jakiś dziwny wymysł antydemokratycznych anarchistów.

Tropiąc bezpaństwowy antydemokratyzm Kuligowski prawie nie zauważa całej, najważniejszej w mojej opinii i kształtującej obraz 10 numeru "Przeglądu Anarchistycznego" sekcji dotyczącej kryzysu. Szkoda, ponieważ mógłby się z niej dowiedzieć o tym jak anarchiści widzą obecny kryzys oraz oceniają perspektywy wybuchu protestów społecznych zarówno w państwach takich jak Chiny czy Indie jak też w Polsce. Kilkadziesiąt stron poważnych analiz skwitowanych zostało tylko jednym zdaniem, co nasuwa pytanie czy autor choć do nich zajrzał? Analiza sytuacji ekonomicznej Polski w dobie kryzysu,autorstwa Jarosława Urbańskiego (dostępny również na lewica.pl), to według mnie jeden z najważniejszych tekstów zawartych w piśmie, wiec całkowite pominiecie go w recenzji praktycznie dyskredytuje ja jako źródło wiedzy o publikacji[1].

Czuje się wywołany do odpowiedzi przez Piotra Kuligowskiego, ponieważ kolejnym przywołanym przez niego tekstem jest mój artykuł o eksmisji
Kupieckich Domów Towarowych w Warszawie, który wcześniej ukazał się również na lewica.pl[2]. Autor recenzji pisze o nim tak jakby był to tekst programowy anarchistów. Spieszę z odpowiedzią, jest to nic więcej jak krótki artykuł publicystyczny napisany w ramach szerszej dyskusji. Piotr Kuligowski ani słowem nie pisze nawet o przedstawiającym inny pogląd tekście Jarosława Urbańskiego[3] czy Agaty Czarnackiej[4]. Piotr Kuligowski ma oczywiście prawo do własnego zdania, ale nie uzasadnia to manipulowania recenzowanym materiałem oraz wybiórczej analizy mającej udowodnić z góry założone tezy.

Sama teza przedstawiona przez recenzenta również nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Stara się on udowodnić jakoby kapitalizm drobnych posiadaczy był lepszy od oligarchicznego, korporacyjnego.

Pomijając fakt utopijności ludowego kapitalizmu w krajach takich jak Polska, będących polem ekspansji wielkich koncernów, w swoim artykule przywołałem na przykład raport Państwowej Inspekcji Pracy, z którego wynika, że małe i średnie przedsiębiorstwa o wiele częściej łamią prawa pracownicze niż duże koncerny. Szkoda iż Piotr Kuligowski nie odniósł się do tego faktu. Zadaje to kłam jego przekonaniu jakoby ludowy kapitalizm zmniejszał dysproporcje społeczne.

Konstruktywna krytyka jest często bardziej potrzebna niż przesłodzone, przypominające reklamówki, recenzje. W tym przypadku Piotr Kuligowski pokazał jednak brak argumentów i co najmniej dziwna interpretacje recenzowanego materiału. Recenzje można napisać nawet na podstawie spisu treści, albo wybranych losowo cytatów z publikacji pasujących do z góry założonych tez, czy nie pokazuje to jednak braku argumentów ze strony krytyka?

Przypisy:
[1] Jarosław Urbański, "Czy w Polsce mamy kryzys?"
[2] Piotr Ciszewski, "Mit "ludowego" kapitalizmu"
http://lewica.pl/index.php?id=19782
[3] Jarosław Urbański, "Bazar Banacha – kupcy czy straganiarze?"
[4] Agata Czarnacka, "Krwawe zamieszki w łonie klasy średniej"

                                                                                                                          www.lewica.pll      

Piotr Ciszewski

 
Ekologia i wolność w jednym stały domu PDF Drukuj Email

Tym, co czyni [...] nowy „biocentryzm", z Jego antyhumanistycznym obrazem istot ludzkich nieodróżnialnych od gryzoni czy mrówek, tak zdradliwym, jest fakt, że opiera się na nim coraz popularniejszy ruch zwany „głęboką ekologią". „Głęboka ekologia" zrodziła się wśród zamożnych ludzi wychowanych na mieszaninie kultów wschodu, bajek z Hollywood i Disneylandu. [...] Pojęcia takie jak „jednia" i „biocentryczna demokracja" idą ręka w rękę z przepisami na ucisk, nędzę czy nawet eksterminację ludzi.


Jak myślicie, skąd pochodzi ten cytat? Z wypowiedzi ex-ministra środowiska Antoniego Tokarczuka? Z materiałów firmy PR-owej, wynajętej przez wielki koncern, który zarabia na niszczeniu środowiska? Z histerycznych wywodów mediów o ekologach, którzy wyżej cenią życie komara niż niemowlaka i chcieliby w imię kultu Matki Ziemi dokonać ludobójstwa?

Nie, to cytat z książki „Przebudowa społeczeństwa", której polskie wydanie opublikowano niedawno. Jej autor, nieżyjący już Murray Bookchin, był jednym z uznanych myślicieli anarchistycznych drugiej połowy XX wieku, związanym z ruchem kontrkulturowym i różnymi inicjatywami ekologicznymi. A to bynajmniej nie jedyny tego rodzaju fragment. Bookchin zarzuca w książce zwolennikom „głębokiej ekologii" mizantropię, bezduszność, ogólną „antyludzkość", są też sugestie przy okazji wzmianek o filozofii Martina Heideggera o paralelach między GE a nazizmem itd. Co prawda czasem zastrzega, że myśl głębokoekologiczna rzadko prowadzi do wniosków skrajnych np. o eksterminacji ludzkości w imię ocalenia Ziemi czy dzikiej przyrody jednak ogólne negatywne wrażenie pozostaje.

Problemem nie jest to, że Bookchin dokonuje krytyki GE i biocentryzmu. Rzetelna krytyka jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a dobrze wykorzystana wręcz pomogła. Niestety, sposób, w jaki jej dokonuje daleki od rzetelności merytorycznej zniechęca jako tako wyrobionego czytelnika już na wstępie, zaś polski wydawca w żadnej mierze nie koryguje tej wady oryginalnego wydania, o czym za chwilę.

Co o faktycznym przesłaniu GE wiedział autor „Przebudowy społeczeństwa"? W całej książce nazwisko Arne Naessa pojawia się raz, przy okazji cytatu wyrwanego z kontekstu. Może dlatego Bookchin nie wie, że twórca GE nie był zamożnym Amerykaninem, wychowanym na bajkach z Hollywood, lecz uznanym filozofem, znawcą europejskiej kultury intelektualnej, żyjącym niezwykle skromnie. Jeden jedyny raz w przypisie pojawia się wzmianka o jakiejkolwiek książce z „klasyki" myśli tego nurtu, czyli „Ekologii głębokiej" Billa Devalla i George'a Sessionsa. Gdyby jednak Bookchin ją przeczytał, wiedziałby, że „biocentryzm" nie oznacza mechanicznego „zrównania" wszelkich gatunków, a tym bardziej lekceważenia czy wręcz pomijania interesów gatunku ludzkiego. Oznacza natomiast, jak piszą Devall i Sessions, iż „powinniśmy żyć tak, by wywierać jak najmniejszy wpływ na inne gatunki i na Ziemię", gdyż „wyrządzając szkodę pozostałej części Natury, wyrządzamy szkodę sobie samym" (cyt. za polskim wydaniem, ss. 96-97), ponieważ jesteśmy częścią tego, co Aldo Leopold nazwał „wspólnotą biotyczną'.

Zwolennicy GE jawią się w wizji Bookchina nie tylko jako „antyludzcy", nie zainteresowani niczym poza prze­trwaniem komarów, wilków i lasów pierwotnych, lecz także jako zupełnie oderwani od rzeczywistości. Autor „Przebudowy społeczeństwa" zarzuca GE, że lekceważy społeczne aspekty ochrony przyrody, że o jej niszczenie oskarża „ludzkość", bez uwzględnienia podziałów klasowych i hierarchii w jej łonie, że pomija problemy polityczno-ekonomiczne (z istnieniem systemu kapitalistycznego na czele) itd. Gdyby jednak Bookchin rzetelnie zapoznał się z pracami teoretyków ruchu GE i z jego historią, to wiedziałby, że ów mit „antyspołecznych" obrońców dzikiej przyrody jest w znacznej mierze fałszywy.

Ten „nurt" GE, który reprezentował np. Naess, nie tylko wiele razy podkreślał, jak bardzo ochrona przyrody jest sprzeczna z kapitalizmem i generowanym przezeń konsumpcjonizmem. Nie tylko zwracał uwagę, że niszczenie przyrody i eksploatacja środowiska bardzo często wiążą się z wyzyskiem ludzi i marginalizowaniem opinii społeczeństwa. Gdy sięgał po tematykę społeczno-ekonomiczną, w zasadzie bliski był myśli socjaldemokratycznej, krytykując jednak jej produktywistyczny aspekt. Nie negował natomiast tego, że ludzie mają prawo do życia godnego i bezpiecznego; krytyczny był też, podobnie jak Bookchin, wobec silnej, centralistycznej władzy, przychylny natomiast decentralizacji politycznej.

Nie ma w tym nurcie również uporczywie „wmawianego" przez Bookchina odrzucenia cywilizacji technologicznej. Owszem, GE nie wierzy, że „co technika zniszczyła, to technika (lepsza) naprawi" sama z siebie, ale bynajmniej nie potępia w czambuł samego rozwoju technologii. Można bez trudu znaleźć w wizjach ideologów GE pochwały techniki nowoczesnej, „oszczędnej", przy zastrzeżeniu jednak, że przyniesie ona pozytywne skutki dopiero, gdy dokonamy reorientacji systemu ekonomicznego. Tu GE znów niewiele się różni od wizji Bookchina, może poza odwróceniem kolejności zdarzeń.

Myśliciele GE wskazywali, że potraktowanie serio postulatu obrony przyrody wymusi zmianę systemu ekonomicznego na bardziej „skromny", mniej marnotrawny, ale również dzięki detronizacji zasady zysku i wąsko pojętej własności prywatnej bardziej egalitarny i sprawiedliwy społecznie. Czy to „odwrócenie kolejności" (zamiana stosunku wobec przyrody wymusi zmianę stosunków społecznych) jest słusznym postulatem to temat na osobną dyskusję, jednak nie z takim, może i błędnym, ale klarownym stanowiskiem polemizuje Bookchin.

Drugi z kolei „nurt" GE, a raczej „biocentryzmu", symbolizowany przez Dave'a Foremana i Earth First!, również dalece odbiega od obrazu, jaki zawiera „Przebudowa społeczeństwa". Owszem, jest w pewnym sensie „konserwatywny", a jego liderzy sięgali m.in. po hasła „wolnorynkowe". Nie czynili tego jednak z pozycji „antyspołecznych", lecz takich, które zasadzały się na dostrzeżeniu, że przyrodę niszczy nie tylko wolnorynkowy kapitalizm, ale także sprzężony z nim interwencjonizm państwa. Gdy Foreman krytykował np. ogromne państwowe dotacje do wielkoobszarowego rolnictwa, hodowli bydła czy prze­mysłu drzewnego, nie czynił tego z powodu nienawiści wobec rolników, hodowców czy drwali. Przeciwnie, pokazywał, jak system tych dotacji szkodzi przyrodzie, ale także jak drobni producenci płodów rolnych są niszczeni przez dotowane wielkie farmy, zaś drwale trafiają na bez­robocie, gdy tylko lasy zostaną wycięte w ramach rabunkowej gospodarki wielkich koncernów.

Nurt ten nie był też „antyspołeczny". Owszem, Foreman i EF! stanowczo głosili, że interesy gatunku ludzkiego nie są nadrzędne wobec interesów przyrody. Wyjaśniali jednak, że nie chodzi o takie interesy, jak przetrwanie czy nawet prawo do życia na „przyzwoitym" poziomie, lecz o nieustanną ekspansję człowieka w kierunku zaspokojenia swoich zachcianek kosztem świata przyrody. Dlatego też w owym nurcie można znaleźć sympatyków poglądów podobnych do tych, które wyraża Bookchin jedna z jego „ikon", pisarz Edward Abbey, był całe życie sympatykiem anarchosyndykalistycznego związku zawodowego Industrial Workers of the World, któremu wszak nie można odmówić troski o człowieka i życie pozbawione biedy, wyzysku i prześladowań. Był to też nurt krytyczny - podobnie jak autor „Przebudowy społeczeństwa" - wobec mętnych mistycyzmów w ruchu obrony przyrody. Owszem, sięgał po „plemienną" czy „dziką" symbolikę i slogany, ale nie miało to wiele wspólnego z new age'owym eskapizmem znudzonych mieszczuchów.

Oczywiście w ruchu szeroko pojętej GE zdarzały się, jak w każdej inicjatywie, pomysły czy wypowiedzi niemądre, nieprzemyślane, pochopne, nonszalanckie, szczególnie u początków rozwoju lub wypowiedziane w ferworze sporów towarzyszących obronie cennych ekosystemów. Jednak rzetelna analiza jakiegokolwiek zjawiska powinna oddzielić rdzeń od różnych „dziwactw", pojawiających się na jego marginesie. Należy też mieć na uwadze poza wspomnianymi wątpliwościami to, że Bookchin napisał swą książkę w roku 1989, w innych realiach kulturowych, w kraju odległym o tysiące kilometrów, na potrzeby bie­żącej dyskusji w środowiskach ekologicznych, a sama ta praca była jedną z wielu w jego dorobku. Istnieje taki dobry zwyczaj, że w podobnych przypadkach opatruje się zagraniczne wydanie solidnym opisem całokształtu poglądów autora (w Polsce wszak niemal nieznanego), jak i ukazuje konkretną pracę na tle kontekstu, w jakim powstała. Niestety, polscy wydawcy „Przebudowy społeczeństwa" oblali ten egzamin.

Ze wstępu, autorstwa Oskara Szwabowskiego, nie dowiemy się wiele o Bookchinie, o jego zaangażowaniu społecznym i niemałym dorobku teoretycznym. Co jednak dużo gorsze, nie dowiemy się niczego o dyskusjach w amerykańskim ruchu ekologicznym, których „Przebudowa społeczeństwa" była istotną częścią. A elementarna wiedza w tej kwestii oznacza świadomość takiego na przykład faktu, jak znakomita i pełna zrozumienia debata między Bookchinem a Foremanem, która wiele nieporozumień wyjaśniła i zaowocowała znacznym zbliżeniem między „ekologią społeczną" i GE (dokumentuje to książka „Defending the Earth. A dialogue between Murray Bookchin & Dave Foreman" z 1991 r., zawierająca dyskusję rozpoczętą w 1989 r., tuż po wydaniu „Przebudowy..."). O tym jednak we wstępie do polskiego wydania nie ma ani słowa. Trudno się temu dziwić, skoro jego autor zdradza całkowity brak znajomości omawianego tematu. Jego „wiedza" o GE bazuje na kilku artykułach znalezionych w Internecie i w jednym z czasopism anarchistycznych, ewidentnie nie czytał zaś „kanonicznych" tekstów Naessa, wspomnianej „Ekologii głębokiej" czy „Wyznań wojownika Ziemi” Foremana, o pomniejszych „manifestach" GE nie wspominając.

Nie piszę tego, żeby się „czepiać". Tego rodzaju niechlujstwo edytorskie szkodzi książce i poważnemu potraktowaniu wywodów Bookchina. A są one bez wątpienia warte namysłu i szkoda, że zaprezentowano je polskiemu czytelnikowi tak niedbale.

Punktem wyjścia rozważań Murraya Bookchina w „Przebudowie społeczeństwa" jest konstatacja, że tak, jak przez lata wierzyliśmy w konieczność „panowania nad naturą", tak dziś zyskuje popularność wizja rodzaju ludzkiego, który powinien się „poddać" panowaniu natury. Oba te stanowiska są wedle Bookchina ograniczone, hierarchiczne, prymitywnie definiują człowieka i przyrodę. Podkreśla on, że człowiek jest częścią natury, więc „panowanie" nad nią to droga donikąd. Sprzeciwia się jednak także mechanicznemu zrównywaniu ludzi i innych organizmów, wskazując na nasz gatunek jako jedyny samoświadomy oraz potrafiący stwarzać zaawansowane instytucje społeczne.

Samą naturę postrzega nie jako „bezmyślną siłę", ani jako „precyzyjny mechanizm", lecz jako rzeczywistość stwarzaną w bezustannym procesie, w którym biorą udział wszystkie gatunki przy czym nasz nieprzypadkowo w toku ewolucji zyskał pozycję tak „silną". Jeśli człowiek jest częścią przyrody, a zarazem osiągnął wielką moc w jej przekształcaniu, to nie jest to postawa „nienaturalna". Człowiek może zarówno niszczyć przyrodę, jak i wspierać jej naturalną ewolucję. Natomiast jeśli dziś bez pardonu eksploatujemy Ziemię i sprowadzamy ryzyko zagłady na wiele gatunków, nie wynika to zdaniem Bookchina z destruktywnych skłonności, „z genów" i „naturalnych ciągot".

Wszelkie problemy ekologiczne są problemami społecznymi twierdzi Bookchin. Społecznymi, to znaczy takimi, u których korzeni tkwią wadliwe systemy władzy politycznej i ekonomicznej, nie zaś „natura człowieka", „skłonności genetyczne" itp. Te ostatnie wyjaśnienia sytuacji ekologicznej, będącej jakoby pochodną „krwiożerczości" człowieka, uważa Bookchin za tyleż fałszywe, co niesprawiedliwe.

Wskazuje, że istniały takie społeczności, które przyrody nie eksploatowały ponad miarę. Z kolei struktury władzy politycznej i wyzysku ekonomicznego przynoszą negatywne skutki niezależnie od kręgu kulturowego czy otoczenia przyrodniczego. Zrzucanie odpowiedzialności na „geny" czy „ludzkość", to próba odwrócenia uwagi od tego, że niszczeniem przyrody nie zajmują się abstrakcyjni „ludzie", lecz konkretne instytucje, klasy społeczne itp.

Bookchin nie „rozgrzesza" bynajmniej ogółu społeczeństwa w systemie opartym na złych zasadach, także „przeciętny człowiek" chcąc nie chcąc dokłada cegiełkę do niszczenia przyrody. Absurdem jest natomiast obarczanie go odpowiedzialnością za coś, na co nie ma wpływu. Tym bardziej, że system, który niszczy przyrodę, jest destruktywny także dla wielu grup i warstw społecznych. To nie pracownicy najemni, biedni, kobiety czy mniejszości etniczne podejmują decyzje szkodliwe dla przyrody nierzadko natomiast padają ofiarą tych samych co ona mechanizmów panowania i eksploatacji.

Bookchin idzie śladem wybitnego myśliciela anarchistycznego z XIX w., Piotra Kropotkina, znanego z krytyki darwinizmu. Kropotkin nie negował prawdziwości wielu odkryć i wniosków Darwina, jednak wskazywał na niebezpieczeństwa tkwiące w bezrefleksyjnym przenoszeniu ich na społeczeństwo. Gdy Kropotkin pisał słynne dzieło „Pomoc wzajemna jako czynnik rozwoju", była to odpowiedź bazująca na wielu faktach ze świata przyrody nie tyle na darwinowską wizję natury, lecz na wykorzystanie wniosków teorii ewolucji do ideologicznego uzasadnienia drapieżnego liberalizmu gospodarczego. Jego orędownicy głosili, że to system „jedynie słuszny", a jego koszty społeczne np. ofiary głodu, niskich płac czy wyzysku w fabrykach są owymi ewolucyjnymi „słabszymi osobnikami", których przegrana jest „naturalna", a być może nawet „korzystna" dla „kondycji ogółu".

Po z górą stu latach Bookchin mocno akcentuje wartość i znaczenie procesów naturalnych i przyrody, uważa człowieka za integralną jej część, wzywa do obrony ekosystemów i procesu je tworzących. Ale jednocześnie przestrzega przed tym, żeby wywody o „genach", „prawach natury", „siłach przyrody", „instynktach" itp. nie posłużyły do wzmocnienia systemu społeczno-ekonomicznego, który jest szkodliwy tyleż dla człowieka, co dla samej przyrody. Gdy każdego dnia atakuje nas poradnikowo-reklamowy bełkot, że powinniśmy być „wierni swojej naturze" i nabywać komercyjną tandetę, albo „potwierdzać męskość" poprzez większe samochody, czy też w zgodzie z „potrzebami biologicznymi" mieć coraz bardziej komfortowe domy, a jednocześnie w imię „naturalnej konkurencji" uczestniczyć w bezwzględnym wyścigu szczurów, to przestrogi Bookchina znajdują swe potwierdzenie. Tymczasem tego rodzaju zachowania nie są żadną „naturą", lecz regułami wpajanymi nam przez ekspansywny kapitalizm. Ten sam, który nie przejmuje się „prawami natury", gdy bez wahania ingeruje w procesy przyrodnicze i najcenniejsze czy najbardziej wrażliwe siedliska.

Autor „Przebudowy społeczeństwa" pokazuje, że „naturalistyczne" uzasadnienia stanowią zazwyczaj zasłonę dymną dla instytucji i procesów jak najbardziej kulturowych, będących tworem określonych klas i grup oraz służących ich interesom. A przede wszystkim są to zjawiska, które posiadają alternatywę, nie będąc czymś „genetycznie" wpisanym w postępowania człowieka. Analizując rozwój struktur panowania na przestrzeni wieków, Bookchin pokazuje, że są one efektem historii, nie zaś biologii.

Przytacza wiele przykładów tego, że procesy społeczne nie zachodziły wszędzie jednakowo a tak byłoby wszak, gdyby „sterowały" nami geny lecz miały różne warianty. Gdy zaś nawet możemy mówić o pewnych strukturalnych podobieństwach, to wynikają one nie z „ewolucji" biologicznej, lecz z przenikania wzorców kulturowych czy z tak prozaicznej przyczyny, jak rozszerzanie panowania i wyzysku za pomocą podbojów. Jeśli dziś „cały świat" wygląda podobnie pod względem struktur społecznych, instytucji władzy i systemu ekonomicznego wielkie miasta, scentralizowane rządy, kapitalizm to nie dlatego, że tak nam „nakazały geny", lecz w efekcie długotrwałego ścierania się różnych sił, interesów, wzorców.

Bookchin kreśli piękną panoramę przewijających się przez wieki takich inicjatyw społecznych, które przemocy, wyzyskowi i silnej władzy przeciwstawiały ideały wolności, autonomii i samopomocy. Wątek ten nie jest bez znaczenia dla ekologii. Koncepcja Bookchina bazuje na odrzuceniu przekonania silnego tyleż w kapitalizmie, co i u jego krytyków w rodzaju Marksa że rodzaj ludzki musiał zapanować nad przyrodą (wyzwolić się z jej ograniczeń), aby znieść panowanie człowieka nad człowiekiem. W ten sposób ideologia wolności ludzkiej usprawiedliwia dewastację przyrody, jednak efektem nie jest zniesienie panowania w stosunkach społecznych, lecz władza wąskich grup zarówno nad człowiekiem, jak i nad przyrodą.

Bookchin uważa, że najpierw zaistniało panowanie człowieka nad człowiekiem, które następnie rozszerzyło się w ideę panowania nad naturą. Odzyskanie wolności człowieka wolności społecznej, nie egoistycznej otwórzy drogę do przezwyciężenia koncepcji podboju przyrody. Jeśli system społecznoekonomiczny przestanie bazować na eksploatowaniu i zniewoleniu ludzi, rewizji poddany zostanie także paradygmat panowania nad naturą.

Bookchin postrzega dzisiejsze zmagania o wolność ludzką i w obronie przyrody jako kolejne ogniwo w długim łańcuchu inicjatyw emancypacyjnych. Wskazuje też, że wiele projektów spod znaku poszerzania samorządności było mimochodem ekologicznymi, choć powstały w czasach, gdy dewastacja środowiska i przyrody nie stanowiły palącego problemu. Autor „Przebudowy społeczeństwa" przekonuje, że gdy broniono wolności, samorządności, podmiotowości i godności ludzkiej, tam praktyczne rozwiązania socjoekonomiczne były bliskie temu, co dziś nazwalibyśmy ekologicznym. Wiele „utopijnych" wizji akcentowało decentralizację technologii, samowystarczalność surowcową, odejście od marnotrawstwa, prymat samorozwoju nad bezmyślną konsumpcją, krytykowało nieustanny wzrost produkcji. Czy był to wspomniany Kropotkin, czy William Morris, czy Pierre Proudhon, wszyscy ci myśliciele anarchistyczni lub spod znaku „wolnościowego socjalizmu" ale również rozmaici reformatorzy społeczni kilka wieków wcześniej postulowali systemy społeczne i rozwiązania ekonomiczne bliskie temu, co obecnie uznaje się za „zrównoważone".

Z tego punktu widzenia Bookchin, oprócz krytyki kapitalizmu, dokonuje również wbrew zachodnim modom ideologicznym surowej oceny myśli Marksa. Uważa, że marksizm wyrządził wśród ruchów krytycznych wobec status quo ogromne spustoszenie ideologiczne. Tam, gdzie wcześniej bazowały one na racjonalnie uzasadnionym humanizmie i poczuciu godności ludzkiej, co owocowało wolnościowo-ekologicznymi projektami społecznymi, tam Marks wprowadził sztywną „naukę" i jej dogmaty, wolność zastąpiły „żelazne prawa dziejowe", „usprawiedliwiając w ten sposób wchłonięcie zdecentralizowanych społeczności przez scentralizowane państwo, konfederalistycznych wizji przez szowinistyczne narody oraz technologii służącej ludziom przez systemy produkcji masowej".

Marksizm ze swoją apoteozą przemysłowego kapitalizmu, na bazie którego miał dopiero powstać socjalizm, zniszczył wartościowe i protoekologiczne alternatywy wobec kapitalizmu. Między innymi wskutek uznania, że motorem przeobrażeń może być tylko proletariat wielkoprzemysłowy, podczas gdy inne ruchy alternatywne często odwoływały się do wartości reprezentowanych przez wieś, rzemiosło, wspólnoty komunalne itp. Nic dziwnego, że późniejsze „realne socjalizmy" okazały się dla przyrody równie zabójcze jak kapitalizm, a ludzka wolność ucierpiała w nich bardziej niż dotychczas. Bookchin pisze, że teoria Marksa i jej język są antyhumanistyczne, zrywając z tradycją walk o godność i wolność, zaś w kwestii oglądu świata przyrody „jest to postawa bardziej niepokojąca, niż najbardziej bezduszne formy »antropocentryzmu«”.

Odrodzenie dawnego przesłania ruchów alternatywnych wobec kapitalizmu i scentralizowanej władzy, dokonało się dopiero w latach 60. xx wieku, wraz z ruchem kontrkultury, z którym autor „Przebudowy społeczeństwa" był związany. Ekologia stała się jego ważnym elementem nie tylko wprost, jako zwrócenie uwagi na dewastację środowiska. Ruch ów powrócił do haseł decentralizacji władzy i technologii, a także krytycznie potraktował ideologię produktywistyczną. Uznał, że problemem nie jest to, jak wytwarzać jeszcze więcej, lecz jak to dzielić, jak używać, jak żyć godnie (nie zaś zamożnie).

Powstały nowe wizje technologii, nowe sposoby (anty) konsumpcji, nowe struktury podejmowania decyzji (demokracja bezpośrednia, partycypacja ogółu członków zbiorowości w dyskusjach). Ekologia harmonijnie łączyła się tu z wolnością.

Ruch ten jednak łatwo padł ofiarą swych głównych przeciwników. Kultura komercyjna „ukradła" jego główne trendy, przerabiając na postawy konsumenckie. Natomiast struktury polityczne zostały przejęte przez niewielkie grupy komunistyczno-centralistyczne (maoizm, fascynacje Castro itp.).

Podobnie stało się z ruchem ekologicznym. Jego część została wchłonięta przez system państwowo-kapitalistyczny. Zaowocowało to wiarą w „przeobrażenia instytucji", w reformy w ramach „wielkiej polityki" czy w „lepsze technologie", które same w sobie nie są bez znaczenia, ale w ramach złego systemu niewiele zmienią.

Drugi odłam ruchu wpadł w pułapkę zgoła odmienną, porzucając perspektywę społeczną na rzecz wulgarnego biologizmu oraz kiepskiej jakości „mistycyzmu". New Agę, „szamanizm", „wierność prawom natury", skrajne nurty feminizmu powiązane z neopogaństwem, „magia", „plemienność", odrzucenie urbanizacji i technologii te zjawiska oznaczały nie tylko poniechanie emancypacyjnych i racjonalnych projektów społecznych, ale w ogóle porzucenie perspektywy społecznej. Ich adepci nie analizują, dlaczego przyroda jest niszczona a ludzie wyzyskiwani, lecz oskarżają „ludzkość" o postępowanie „wbrew prawom natury". Tymczasem, jak przekonuje Bookchin, „harmonia z naturą nie może zostać osiągnięta bez wprowadzenia harmonii między ludźmi".

Ten nurt Bookchin utożsamiał w 1989 r. z głęboką ekologią, w dużej mierze błędnie. Nie zmienia to faktu, że słuszna wydaje się ta jego uwaga, która mówi, że część ekologów została „wessana" przez system państwowo-kapitalistyczny, a druga część zachowuje się tak, jakby kapitalizm i scentralizowana władza nie istniały, więc wystarczy, żeby „dobrzy ludzie" bronili przyrody przed ludźmi „złymi" lub „nieświadomymi". Natomiast niemal nie istnieje taki nurt, który potrafiłby powiązać ochronę przyrody z dążeniami do wolności i sprawiedliwości społecznej.

Dlatego „Przebudowa społeczeństwa" jeśli odłożymy na bok wspomniane zastrzeżenia to książka bez wątpienia godna uwagi i przemyślenia. Na polskim rynku wydawniczym świetnie wypełnia lukę między wąską ekologią „miejsko-domową" a fachową ekologią stricte przyrodniczą, pokazując jak problem ochrony dzikiej przyrody oraz środowiska naturalnego splata się z procesami ekonomicznymi, z etosem kulturowym, ustrojem politycznym i postawami obywatelskimi. Jest to książka wartościowa także, a może głównie dlatego, że proponuje całościową wizję przeobrażeń. Nawet jeśli wydaje się utopijna czy „przesadna", to jednocześnie jest inspirująca i odważna.


REMIGIUSZ OKRASKA Dzikie Życie nr. 2/188 luty 2010

 
Bezpaństwowy antydemokratyzm? PDF Drukuj Email



  Rozpoczynając lekturę "Przeglądu Anarchistycznego" spodziewałem się, z racji samego tytułu pisma, iż próżno poszukiwać na jego łamach pochwał jakiejkolwiek formy państwa czy demokracji parlamentarnej. Mimo tego dokonana przez autorów zebranych tekstów krytyka owych zjawisk – głównie między wersami – budzi uzasadnione, jak sądzę, wątpliwości.

"Przegląd Anarchistyczny", starannie i estetycznie zmontowany od strony graficznej, merytorycznie podzielony jest, nie licząc kilku słów wstępnych "Od redakcji", na cztery części. Pierwsza, czyli "Faszyzm w czasach demokracji" to przede wszystkim zbiór teoretycznych i historycznych rozważań na temat rozwoju tegoż ustroju w Europie oraz sposobów walki z nim. Część drugą opatrzono tytułem "Globalny kapitał – globalny proletariat" i poświęcono różnorakim analizom międzynarodowej zapaści gospodarki wolnorynkowej, a także wynikającymi z niej protestami społecznymi w różnych częściach globu. Kolejno w sekcji pod tytułem "Przejawy klasy" znalazły się teoretyczne analizy pamiętnej bitwy eksmitowanych z Kupieckich Domów Towarowych handlarzy z policją. Wreszcie w części czwartej, czyli "Partyzantce komunikacyjnej", znalazły się teksty dotyczące szeroko pojętej wymiany informacji w dobie współczesnych technologii.

Szczególnie na przykładzie części pierwszej i trzeciej ukazać można aprioryczny charakter i wątpliwą jakość niektórych tez, przedkładanych w anarchistycznej publicystyce. W najobszerniejszym ze wszystkich publikowanych tekście pt. "Faszyzm i antyfaszyzm" uznany przez redakcję za "lewicowego komunistę" (?) Jean Barrot stwierdzić raczył, iż "Demokracja wszędzie kapitulowała przed dyktaturą, a ściślej – witała dyktaturę z otwartymi rękami"[1]. Teza ta brzmi zupełnie jak wyjęta z ust jednego z największych pajaców polskiej sceny politycznej, Janusza Korwina-Mikke, który wielokrotnie – publicznie i całkiem na poważnie – uznawał Hitlera za "znakomitego praktyka demokracji". O ile jednak pewne rzeczy uchodzą skrajnemu prawicowcowi i monarchiście, o tyle ex definitione prospołeczna i propracownicza lewica winna zdawać sobie sprawę z konieczności rozgraniczenia quasi-demokracji parlamentarnej od oddolnej i uczestniczącej demokracji bezpośredniej. W przeciwnym wypadku tego rodzaju tezy wpisują się w antydemokratyczny dyskurs konserwatywno–liberalnej prawicy i – szerzej rzecz ujmując – zdają się służyć interesom naszych przeciwników politycznych.

Korzeni wszelkiej maści faszyzmu należy doszukiwać się raczej w samym systemie ekonomicznym, a nie formie sprawowania władzy. Hitler, Franco czy Mussolini zapisali się na kartach historii tylko dzięki temu, że potrafili zjednać sobie zwolenników poprzez czysto populistyczne obiecanki w dobie kryzysu gospodarczego i napięć społecznych. Co więcej, osiąganie przez nich dyktatorskiej pozycji wynikało wprost z zaprzeczenia i sprzeniewierzenia jakichkolwiek zasad demokratycznych. Warto przypomnieć chociażby przykład owego chybionego malarza bez talentu, który oskarżywszy komunistów o podpalenie Reichstagu otrzymał od Paula von Hindenburga specjalne uprawnienia w celu zaprowadzenia "porządku" w państwie. Dopiero to pozwoliło Hitlerowi na rozprawę z opozycją i rozpoczęcie budowy systemu nazistowskiego. Z tym, że owe uprawnienia miały już charakter jak najbardziej antydemokratyczny i wynikały nie z kapitulacji przed dyktaturą, ale z chęci zachowania status quo.

Z kolei w części poświęconej kupcom z KDT Piotr Ciszewski uznał, że drobnych handlarzy wspierać należy tylko w materii ich walki o "uczciwy dialog ze strony władzy"[2]. Nosi to na sobie znamiona walki o demokratyzację społeczeństwa, ale jednocześnie niesie spory bagaż utopizmu. Już bowiem Włodzimierz Lenin trafnie, jak się okazuje, zarzucał anarchistom, że nie potrafią oni walczyć o drobne, korzystne reformy, wysuwając jedynie najdalej idące postulaty. Podobnie rzecz ma się w tym przypadku. Demokratyzacji społeczeństwa – o czym wiadomo nie od dziś – sprzyja zmniejszenie nierówności majątkowych. Drobni kapitaliści mają zatem tutaj do odegrania pewną rolę, a obśmiewany przez Ciszewskiego "ludowy kapitalizm", czyli wolny rynek oparty na drobnej własności, z całą pewnością miałby charakter bardziej postępowy i byłby korzystniejszy dla zwykłych ludzi, niż monopolistyczny i neoliberalny turbokapitalizm.

Lewica powinna zatem wspierać drobnych kupców nie tylko w chwili, gdy domagają się oni dialogu z władzą, ale także wtedy, gdy ta sama władza robi im pod górkę, czyniąc zadość wielkim koncernom.

Niewątpliwą zaletą "Przeglądu..." jest, jak stwierdzono powyżej, jego przystępny i zwyczajnie miły dla oka układ graficzny. Na plus pismu zaliczyć trzeba również fakt podejmowania trudnych, na co dzień nieobecnych w głównonurtowej debacie publicznej tematów, które – nawet jeśli omówione w sposób budzący wątpliwości – z całą pewnością prowokują do przemyśleń i dyskusji. Niemniej jednak nazbyt nachalnie promowana na każdym kroku bezpaństwowość oraz skryty między wersami antydemokratyzm i utopizm czyni półrocznik znacznie mniej atrakcyjnym.

Przypisy:
1. Jean Barrot, Faszyzm i antyfaszyzm, "Przegląd Anarchistyczny" nr 10, s. 28.
2. Piotr Ciszewski, "Mit "ludowego" kapitalizmu", "Przegląd Anarchistyczny" nr 10, s. 208.

"Przegląd Anarchistyczny" jesień - zima nr 10.

Piotr Kuligowski  www.lewica.pl

 
Osiedla grodzone w Polsce - analiza dyskursu PDF Drukuj Email


 Kiedy 20 lat temu upadał mur berliński, mieszkańcy Europy Środkowej dostali ostateczny sygnał, że klatka, w której wbrew swojej woli byli trzymani, rozpadła się. Mur nie zniknął od razu. Rozbiórka trwała kilka miesięcy i do dzisiaj na ulicach Berlina można spotkać jeszcze kawałki przypominające mieszkańcom niemieckiej stolicy o wcale nie tak dawnym przymusowym zamknięciu. Być może to właśnie duch muru odstrasza deweloperów od stawiania tam zamkniętych osiedli.

W Polsce, dla odmiany, osiedla grodzone wyrastają jak grzyby po deszczu. Gated communities (osiedla zamknięte lub grodzone) to „osiedla otoczone murem lub płotem z ograniczonym dostępem publicznym, posiadające wewnętrzne regulacje prawne w formie umów wiążących mieszkańców oraz (zazwyczaj) wspólnie zarządzane”*. Pojawiły się w Stanach Zjednoczonych w drugiej połowie XX wieku, jako odpowiedź na wzrost przestępczości w coraz bardziej się rozrastających miastach. W przestrzeni publicznej zaczęły wyrastać kompleksy, które, dzięki ogrodzeniu i obecności strażników, miały stać się dla ich mieszkańców enklawami bezpieczeństwa. W Polsce pierwsze osiedle grodzone powstało pod koniec lat dziewięćdziesiątych. W 2008 roku, w samej tylko Warszawie, było ich już 400! Jak to się stało, że w ciągu zaledwie 10 lat od transformacji, mur z symbolu opresji stał się symbolem bezpieczeństwa? Tak naprawdę, w imię czego dajemy się zamykać? Jak coraz większa ilość fortec dla bogatszych członków klasy średniej wpływa na stosunki społeczne?  Na te pytania stara się odpowiedzieć Jacek Gądecki w  wydanej niedawno przez Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego książce „Za murami. Osiedla grodzone w Polsce –analiza dyskursu”.

Osiedla grodzone są jednym z ważniejszych symboli przemian społecznych, ekonomicznych i kulturowych, które dokonały się we współczesnej Polsce. W przeciągu kilku zaledwie lat powstała ogromna liczba kompleksów mieszkalnych, które wymagają wylegitymowania się przed wejściem lub wręcz zostawienia dokumentów u strażnika. Gądecki traktuje  grodzone osiedla nie tylko jako zjawiska architektoniczne, ale przede wszystkim jako konstrukty społeczno-kulturowe. Szuka źródeł ich powstania w rozwoju globalizacji, przemian społeczeństwa postindustrialnego. Kreśli rolę kultury w rozwoju badań nad miastem. Szeroki kontekst dla badań prowadzonych przez autora określa „faktycznie istniejący neoliberalizm”, który jest realizowany w przestrzeni miasta. Jego wyrazami są procesy suburbanizacji i gentryfikacji z jednej strony, wzrost kultury kontroli z drugiej. Tam, gdzie wzrasta liczba zamkniętych osiedli, zmniejsza się sfera publiczna.

Osiedla grodzone, skupiając ludzi o zbliżonym statusie materialnym i społecznym, budują iluzyjne poczucie wspólnoty. Ogrodzenie pozornie zapewnia poczucie bezpieczeństwa, jednak „mur wokół osiedla grodzonego odgrywa podobną rolę jak mur w mieście średniowiecznym – funkcjonuje jednocześnie jako mur wsparcia i lęku”*. Lęk wychwytują deweloperzy kusząc „atrakcyjnymi” ofertami mieszkań na coraz bardziej kontrolowanych osiedlach. Mechanizm się nakręca. Kto wykręci śrubkę?

JACEK GĄDECKI (ur. 1979), socjolog i etnolog, w 2008 r. obronił doktorat z socjologii w Instytucie Socjologii UMK w Toruniu. Obecnie pracuje jako adiunkt w Katedrze Socjologii Ogólnej i Antropologii Społeczno-Kulturowej WH AGH w Krakowie. Zainteresowania badawcze autora koncentrują się na antropologii i socjologii miasta, zwłaszcza zagadnieniach przemian przestrzeni publicznej oraz przemyśle kulturowym. Badał m.in. przemiany miast Europy Środkowo-Wschodniej w ramach projektu Transit Space Fundacji Bauhausu w Dessau oraz problematykę gated communities w Graduate Center City University of New York. Stypendysta m.in. Polsko-Amerykańskiej Komisji Fulbrighta i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Jest także autorem książki Architektura i tożsamość. Rzecz o antropologii architektury (Toruń 2005) oraz licznych artykułów naukowych.

El.


*  wszystkie cytaty pochodzą z książki
** notatka o autorze pochodzi ze strony wydawnictwa http://www.wuwr.com.pl

                                                                                                                  www.rozbrat.org 

 
Przebudowa społeczeństwa PDF Drukuj Email
 Przebudowa społeczeństwa Drukuj


murray.jpgJeżeli na ekologów reagujecie tak jak Cartman na hipisów, to przeczytajcie Przebudowę społeczeństwa Murraya Bookchina. Istnieje szansa, że niektórych z nich darzy on taką samą niechęcią jak wy.

Bookchin to znany anarchista, ekolog i filozof. Jest autorem wielu  książek inspirujących ekologów na całym świecie. Wśród nich znajduje się The Ecology of Freedom, w której Rex Weyler, jeden z pierwszych aktywistów Greenpeace szukał (i znalazł) schematu działania odpowiadającego potrzebom szybko rosnącego w siłę ruchu.

Przebudowa społeczeństwa
to zwięzłe przedstawienie politycznego projektu Bookchina: ekologii społecznej. Jej podstawowym założeniem jest to, że „gatunek ludzki jest formą życia, która może świadomie, w znacznym stopniu sprzyjać światu natury, a nie tylko go niszczyć”. Jeżeli tak się nie dzieje, jeżeli „wielu ludzi wykorzystuje naturę zamiast być jej aktywnym partnerem w organicznej ewolucji” to znaczy, że w procesie społecznej ewolucji coś poszło nie tak. Co? Autor The Ecology of Freedom sądzi, że zanim zaczęliśmy niszczyć środowisko naturalne, niszczyliśmy siebie nawzajem. Nie wynikało to jednak z jakiegoś wrodzonemu człowiekowi zła czy innego grzechu pierworodnego. Powód był zupełnie inny i tkwił w organizacji życia społecznego. W miarę ewolucji społecznej jedni ludzie zaczęli panować nad innymi. Pojawiła się instytucja władzy. To ona kładzie się cieniem na nasze relacje z naturą, sama jednak naturalna nie jest. Jest dziełem człowieka. Nie stworzymy lepszego świata, jeśli nie przejrzymy jej na wylot.

To dlatego Bookchin poluje na wszelkie ślady hierarchii i panowania: znajduje je w codziennych stosunkach rodzinnych, sąsiedzkich, między grupami etnicznymi, w języku, w kulturze, w gospodarce i polityce. Nie robi tego jak marksista, bo nie cała władza ma dla niego korzenie w ekonomii i w „obiektywnych okolicznościach”. Zamiast pytać o to jak powstaje władza, chciałby dowiedzieć się dlaczego powstaje i jak doszło do tego, że przyjęła właśnie taką a nie inną formę.

Autor traktuje władzę jako efekt ewolucji systemu społecznego - odpowiedź  na potrzeby, które wytwarza jego wewnętrzna dynamika i zewnętrzne otoczenie. Ale ewolucja nie jest jednotorowa, istnieje wiele dróg. Pojawienie się władzy wcale nie jest oczywiste, na to samo wyzwanie system mógł przecież odpowiedzieć w inny sposób. Tej niepewności odpowiada metoda ekologii społecznej - naszkicować ewolucyjną drogę społeczeństwa i uwzględnić wszystkie wybory, przed którymi stanęło. Dzięki tak stworzonej mapie, możemy dokładnie przyjrzeć się momentom, kiedy sprawy przyjęły zły obrót. Możemy też uwolnić się z zaklętego koła determinizmu (ekonomicznego czy naturalnego, właściwie wszystko jedno) i wyobrazić sobie inne rozwiązania.

(Nie)naturalna ewolucja

Szczególną  rolę w opowieści Bookchina zajmują miasta. To zupełnie nowe obszary społeczne, w których „miejsce zamieszkania i interesy ekonomiczne systematycznie zastępowały związki oparte na więzach krwi”. Dzięki temu w miastach znalazło się miejsce także i dla „obcych”. Może nie zawsze byli oni traktowani na równi ze „swoimi”, mimo to od samego początku miasta zapewniały im ochronę przed przemocą. by następnie uregulować ją prawnie, a obcych uczynić obywatelami. Solon, ateński mąż stanu, poeta i prawodawca,  przyznał obywatelstwo wszystkim cudzoziemcom, którzy posiadali umiejętności potrzebne w Atenach (100 lat później, Perykles zrezygnował z tej reformy Solona). W III w., cesarz rzymski Karakalla ogłosił, że wszyscy wolni ludzie, bez wyjątku, w Cesarstwie Rzymskim stają się obywatelami Rzymu. Tym sposobem Karkalla podjął próbę stworzenia nowej, uniwersalnej wspólnoty, w której obywatelstwo nie zależy od miejsca pochodzenia, płci, majątku. Miasto obiecywało ludziom nowe, lepsze życie.

Tyle że w mieście, jak w tyglu, stare mieszało się z nowym. Nowy uniwersalizm musiał się więc ścierać ze starymi instytucjami i wierzeniami: „deifikacją przodków, potem wodzów plemiennych, którzy ostatecznie stawali się boskimi władcami, patriarchalną władzą w życiu domowym, feudalną arystokracją odziedziczoną po wspólnotach wiejskich późnego neolitu i epoki brązu”. Równocześnie przeszłość dostarczała pozytywnych wzorów i rozwiązań. Obywatele Aten w epoce peryklejskiej o swoim mieście decydowali podczas zgromadzeń, tak samo jak członkowie wspólnot plemiennych czy wioskowych setki lat wcześniej.

Czasami ewolucja niszczyła stare, cenione wartości. W odstawkę poszła komunalna własność ziemi i zasobów naturalnych, pojawiła się  własność prywatna, a z nią podział na klasy ekonomiczne. Zniknęła ważna zasada życia plemiennego, czyli „nieredukowalne minimum”. To dzięki niemu każdy, bez względu na status, zdolności, czy chęć do pracy, miał mieć zapewnione prawo do środków do życia. W zamian pojawiła się bezwzględna walka klasowa, w której „niewolnicy przeciwstawiali się panom, plebs patrycjuszom, poddani szlachcie, a później robotnicy kapitalistom”.

Równocześnie walki klasowe przesłoniły nierówności, które nie wynikały z podziału bogactwa. Władza związana ze statusem wynikającym z płci, albo miejsca pochodzenia często była uznawana za „naturalną”. Kobiety uznały dominację mężczyzn, młodzi starych, „zwykli ludzie” postępowali tak jak to nakazywały elity. Ekonomia zneutralizowała potencjalne konflikty, które mogły rozegrać się na innych polach. Tymczasem hierarchia po kryjomu okopała się w nowoczesnych instytucjach nowo powstałych miast i państw.

W tym wszystkim nie było nic nieuchronnego. Ewolucja to nie postęp, nie idzie do przodu jak jakiś czołg. Kluczy meandrami, wpada w ślepe zaułki, nieraz zawraca. A to wszystko dlatego, że u jej steru stoją ludzie. Jak zauważa Bookchin od pewnego momentu w swoim rozwoju gatunek ludzki stał się równoprawnym partnerem ewolucji naturalnej. „Ślepa natura” zamieniła się w „wolną naturę”, a konieczność adaptacji do środowiska zewnętrznego została uzupełniona potencjałem ludzkiej kreatywności i wolności.

Tę  wolność można wykorzystać dobrze albo źle. Popełniamy błędy, ponieważ podejmowanie decyzji i ocena ich skutków są bardzo trudne, szczególnie że „wznieśliśmy się ku światłu wolności z na wpół zamkniętymi oczami, obciążeni ciemnymi atawizmami, dawnymi odniesieniami do hierarchii oraz głęboko zakorzenionymi przesądami”. Możemy w nie popaść z powrotem.

Wolnościowy municypalizm

No dobrze – zapytają zniecierpliwieni aktywiści -  ale gdzie tu miejsce na ekologię? Ależ była tu cały czas. Nie ma ekologii bez porządnej analizy społeczeństwa, bo i nasze kontakty z naturą są zależne od tego jak zorganizowane są wspólnoty, w których żyjemy.

Gdy drwale ścinają drzewa, nie robią tego, dlatego że ich nienawidzą. Zarabiają na życie i często jest to ich jedyne źródło utrzymania. Tak samo elektrownie zanieczyszczają powietrze gazami cieplarnianymi, nie dlatego że ich właściciele kochają CO2. Robią tak dlatego, że cała gospodarka jest zależna od regularnych dostaw energii elektrycznej. Nie niszczymy środowiska, bo jesteśmy źli, ale dlatego, że nasz sposób życia i zarabiania temu sprzyja. Tym samym, „harmonia z naturą nie może zostać osiągnięta bez wprowadzenia harmonii między ludźmi”.

Do tego, by poprawić nasze stosunki z przyrodą potrzebujemy przebudować społeczeństwo. Dla Bookchina, idealnym placem budowy jest miasto. Nie ze względu na dobre historyczne tradycje, ale dlatego że to w nim stykamy się z innymi ludźmi i borykamy z problemami wspólnotowego życia. Już dziś o wielu sprawach, takich jak transport, mieszkalnictwo, czy edukacja – decyduje się na poziomie lokalnym. Mieszkańcy miast muszą sobie dawać radę sami, bez państwa.

Autor proponuje byśmy poszli o krok dalej. Przedstawia swój projekt „wolnościowego municypalizmu”, w którym cała władze idzie w ręce mieszkańców, a „ziemia, fabryki i zakłady byłyby kontrolowane przez zgromadzenia wolnych społeczności”. Swobodna konfederacja miast zastąpiłaby rząd, a demokracja bezpośrednia parlamentaryzm. Ta przebudowaobejmuje wiele społecznych przestrzeni: wiedzę, technologię, pracę, uczestnictwo i życie w mieście. Bookchin nie ukrywa, że to nie zmiana, ale rewolucja.

Oczywiście można potraktować wolnościowy municypalizm i jego twórcę  jako kolejnego zwariowanego anarchistę, który opowiada swoje bajki. Rewolucja oddolna, „zmunicypalizowana gospodarka”, wspólna własność, technologia o ludzkim obliczu? Wszystko to już słyszeliśmy, nic z tego nie będzie.

Być  może jednak warto choć na chwilę  odłożyć czarnowidztwo na półkę i potraktować tę wizję poważniej? Tym bardziej, że autor wcale nie twierdzi, że zna wszystkie recepty. Owszem jego projekt miejscami jest dość szczegółowy: zakłada na przykład skrócenie czasu pracy, czy zmniejszanie rozmiaru miast. Ale to wszystko drobiazgi, które jak się wydaje mają pobudzić wyobraźnię. Do czego? Do eksperymentowania z nowymi rozwiązaniami. Bo tylko sprawdzając nowe rozwiązania w praktyce, będziemy w stanie przekonać się czy są skuteczne. A gdy rozejrzymy się wokół, stwierdzimy, że już dziś toczy się wiele takich eksperymentów.

Warto przyjrzeć się życiu mieszkańców slumsów w Trzecim Świecie. To tam prowadzi się doświadczenia z nowym projektem życia bez państwa, w zgodzie ze środowiskiem naturalnym i zasadami wolnościowego municypalizmu. Nie chodzi o to, byśmy się zachwycali gettami biedy i traktowali je jako wzór do naśladowania. Te eksperymenty są przecież odpowiedzią na opłakane warunki życia, biedę i brak dostępu do absolutnie podstawowych usług. Trudno jednak nie docenić niesamowitej kreatywności i umiejętności godzenia własnych interesów z wymaganiami natury.

Tak dzieje się na przykład w slumsie Villa Israel, w boliwijskim mieście Cochabamba. W naukowym czasopiśmie „Human Ecology” możemy przeczytać o systemie dystrybucji wody, jaki stworzyli jego mieszkańcy. Musieli polegać sami na sobie, ponieważ do slumsu nie dochodzą miejskie wodociągi. Być może ich rozwiązanie nie jest idealne, ale działa i nawet w najtrudniejszych warunkach zapewnia dostęp do wody. Lokalna rada sąsiedzka (Junta Vecinal), raz na miesiąc urządza otwarte spotkanie, podczas którego wszyscy zainteresowani mieszkańcy mogą zabrać głos i decydować o kształcie systemu. To demokracja bezpośrednia w działaniu. To, o czym Bookchin pisał, dzieje się naprawdę. Ewolucja trwa.

Więcej…
 
Wolna Hiszpania - kolektywy podczas rewolucji hiszpańskiej PDF Drukuj Email

Okres między lipcem 1936 a kwietniem 1939 roku w Hiszpanii należy do najbardziej zmitologizowanych w historii ubiegłego wieku. Już sama nazwa, którą nadała mu oficjalna historiografia zawiera pewne nadużycie. Mówi się więc o wojnie domowej, akcentując militarny aspekt ówczesnego konfliktu i jednocześnie wypierając jego wymiar społeczny... Wojna hiszpańska była nade wszystko rewolucją społeczną. Mimo znacznego ograniczenia terytorialnego i czasowego, radykalizmem akcji politycznej i rozmachem urzeczywistnianych zmian dorównywała ona, a w pewnych kwestiach nawet przebijała rosyjską rewolucję roku 1917. Gaston Leval opisuje jak wyglądała ta rewolucja, koncentrując się na szczegółowych opisach życia codziennego oraz aspektach ekonomicznych i społecznych przeobrażeń rewolucyjnych w uspołecznionych fabrykach i kolektywach rolnych. Pierre Pillier, gdyż tak brzmi prawdziwe nazwisko Gastona Levala, urodził się 20 października 1895 r. we francuskim mieście Saint Denis. Wychowywał się w robotniczej rodzinie, jego ojciec był bojownikiem Komuny Paryskiej 1871 r. Jako nastolatek Pillier został działaczem ruchu anarchosyndykalistycznego.

Więcej…
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 Następna > Ostatnie >>

Strona 1 z 7

Nie otrzymałeś/aś potwierdzenia zamówienia?

Możliwe, że Twoja skrzynka e-mailowa blokuje wiadomości z naszego serwera. Aktualny stan zamówienia i wszelkie jego szczegóły można sprawdzić po zalogowaniu, na naszej stronie w dziale "Zarządzaj kontem".

Zamówienia hurtowe

Dystrybucja Bractwa Trojka, oferuje również możliwość zamówień hurtowych, ze stosowną zniżką, na pozycje publikowane przez Oficynę Trojka oraz niektóre wydawnictwa z naszej oferty. Możliwość zamówień hurtowych obowiązuje: w przypadku broszur i czasopism od 3 egz., w przypadku książek od 5 egz. Skontaktuj się z nami w celu otrzymania aktualnego spisu wydawnictw w sprzedaży hurtowej.

Masz pytania?

Bractwo Trojka
ul. Małeckiego 4/3
60-705 Poznań
Numer rachunku bankowego M-Bank:
41114020040000320248573473
Telefon: 696-965-195
E-mail: kontakt@bractwotrojka.pl

Copyright © Bractwo Trojka 2008-2010
Strona hostowana na bzzz.net