[ Produkty: ... ]

Zasady są po to, żeby je łamać

 

Dziecięcy przewodnik po anarchii, czyżby? Jak wiele książek i opowieści dla dzieci, ta również za swój, świadomy lub też nie, cel obiera dorosłych. I słusznie! Dorosłym powinno się, jak najczęściej przypominać o tym, jak to jest być dzieckiem, że dziecko to też człowiek i że należy dbać dziecko, które każdy z nas nosi w sobie, które trzeba uwolnić z okowów praw i zasad. Nie bez powodu mówi się, że aby być anarchistą trzeba pozostać dzieckiem.

Od najmłodszych lat jesteśmy wtłaczani w ramy sztywnych norm, które są nam narzucane odgórnie i niejednokrotnie są dla nas niezrozumiałe. Tłamszone i zniewalane jest nasze wewnętrzne dziecko – nasze ja. Cierpi, jego ruchy krępowane są przez kajdany, nie może wyjść z więzienia, w którym umieściło je społeczeństwo i niejednokrotnie my sami. Uwolnijmy je, pozwólmy sobie być sobą!

Pozycja wydana przez Oficynę Wydawniczą Bractwo Trojka jest uroczą książeczką, mówiącą nam:

Hej, obudź się, nie bój się być sobą! Przypomnij sobie siebie z dziecięcych lat!

Książeczka jest prosta i ma na pierwszy rzut oka prosty przekaz, chodzi w niej o bunt przeciwko zasadom. Jednak w trakcie rozmów o książce okazuje się, że każdy dostrzega w niej coś innego. Poszczególne hasła i rysunki interpretowane są w zależności od naszych życiowych doświadczeń, sytuacji życiowej, problemów, marzeń i charakteru. Każdy ma inną ulubioną stronę lub strony, które odzwierciedlają, to co jest dla danej osoby najważniejsze w życiu.

Czasem to, co proste niesie w sobie najwięcej znaczeń, właśnie dzięki wolności interpretacji.

Potwory, które mamy przytulić mogą być naszymi wewnętrznymi problemami, strachami, konfliktami wewnętrznymi. Może po ich „przytuleniu” staną się mniej straszne? Mogą być też wszystkimi strasznymi i nielubianymi ludźmi, którzy po bliższym poznaniu się okażą się całkiem znośni i może nawet uda nam się z nimi zaprzyjaźnić.

Słuchanie najcichszego głosu. Czy chodzi o nasz wewnętrzny głos, szepczący o naszych potrzebach i pragnieniach, stłamszony przez społeczeństwo, czy też o głos tych najsłabszych, pominiętych, wykluczonych, potrzebujących pomocy?

Całość może być odczytywana jako proces dorastania od narodzin, gdy to na świat przychodzimy nadzy, a potem najpierw samotnie budujemy swoje ja – szyjemy swój własny strój. Następnie pojawiają się w naszym życiu różne postaci i z czasem jest ich coraz więcej. Tak też na stronach książki, z czasem pojawia się coraz więcej postaci.

Może też stanowić metaforę do buntu młodzieńczego, gdzie z próbujemy naszych sił w świecie, uczymy się siebie i w jaki sposób współżyć z innymi. Musimy rozwiązać konflikt interesów między grupą a jednostką.W procesie buntu młodzieńczego budujemy swoją pewności siebie, która daje nam siłę do życia.

15168897_1835204186726612_3592920276925971881_o-1

Książeczka może być dużym wyzwaniem dla rodziców i wychowawców. Myślę, że nie jeden dorosły może mieć opory przed przeczytaniem jej dziecku, bojąc się jej skutków. Bojąc się, że dziecko odczyta ją tylko na dosłownym poziomie i dostrzeże w niej tylko bunt i indywidualizm. (Taki strach oraz całkowitą ignorancję w temacie anarchizmu prezentuje autorka recenzji na stronie Polonia Christiana, myląc anarchizm, liberalizm i „anarchokapitalizm”. Jeśli ktoś ma ochotę się pośmiać, to zapraszam tutaj)

14656402_1806915589555472_7915073903031480879_nSama miałam problem z tą książką. Brakowało mi w niej umiejscowienia dziecka w społeczeństwie i wyjaśnienia, że należy też uwzględnić potrzeby innych, i to właśnie jest do przepracowania z dzieckiem. Na tym przecież polega wychowanie i na tym polega trudność tej książki, ale z drugiej strony, może wcale nie, może dziecko zrozumie to bez naszego tłumaczenia. W trakcie rozmów nad książką dostrzegłam, że społeczeństwo jest reprezentowane przez postacie zabawek, potworów i innych stworów. Ważną funkcje spełniają rysunki, które dzieci lepiej przyswajają i intensywniej odbierają niż dorośli. Są tam różne stwory reprezentujące właśnie społeczeństwo i ludzi wokół nas. Dziecko dzieli się, hałasuje i maluje z innymi. Pamiętam, będąc dzieckiem potrafiłam patrzeć godzinami na rysunki w książkach i na ich podstawie przerabiać w głowie całą historię, one dawały mi dodatkowe informacje na temat opisanych sytuacji.

Istnieje kilka tłumaczeń tej książki. Sposób interpretacji i tłumaczenia tekstu zależy od światopoglądu i przekonań tłumacza, Grecja w Ogniu, na przykład, potraktowała ją jako wezwanie do insurekcji. Porównajcie tłumaczenia i oryginał. Może uda wam się stworzyć własne tłumaczenie. A może dopiszecie swoje własne strony?

Jak powiedział przedstawiciel wydawcy, dziecko nie będzie tak długo przerabiać tej książeczki, jak my. Przeczyta i pewnie rzuci w kąt i będzie żyć dalej, próbując być sobą. Oby udało się to każdemu!

Dzieci na koniec i tak zrobią z tą książką, co zechcą. Coś zupełnie innego niż my.

I pamiętajmy, że to nie książka wychowuje dziecko, chociaż może mieć istotny wpływ na jego rozwój.Wychowanie to proces. Dziecko wychowywane jest przez społeczeństwo, przez wszystkich ludzi, z którymi się styka.

Książka jest dostępna w Anarchistycznej Księgarni Zemsta, polecamy każdemu, zwłaszcza dorosłym <div class= Dodaj komentarz

Wszystkich nas nie spalicie - recenzja

 

Na wstępie należy zaznaczyć, że największym nieszczęściem jest, że taka książka musiała zostać napisana. A musiał zostać napisana, ponieważ zamordowano Jolantę Brzeską, ponieważ tak wiele osób zostało eksmitowanych, pozbawionych prawa do dachu nad głową, wyzbytych z godności, ponieważ tak często zamiast realnej pomocy w obliczu kryzysu mieszkaniowego ludzie muszą wysłuchiwać pustych komunałów polityków i steku nic niewartych obietnic.

Autorzy rozpoczynają od tego, co tak mocno odbiło się na nich samych i współtworzonych przez nich ruchu lokatorskim. Jest 1 marca 2011 roku ostatni dzień, w którym widzianą żywą Jolantę Brzeską. W książce możemy dowiedzieć się wszystkiego, co wiadomo o jej ostatnich godzinach życia i koszmarnej śmierci. Jej zwęglone ciało znaleziono następnego dnia w Lasku Kabackim. Zgodnie z przyjętą przez policję hipotezą było to … samobójstwo. W tak absurdalną tezę trudno uwierzyć, dlatego tak wnikliwie przedstawia się czytelnikowi samą postać Pani Jolanty. Kobiety, która została zmuszona przez okoliczności, by walczyć o swój dom, o swoją godność, prawo do bycia podmiotem, a nie przedmiotem w procesie tzw. reprywatyzacji. Brzeska była jedną, z wielu osób, które miały stać się ofiarami osób zajmujących się skupywaniem roszczeń, a następnie „odzyskiwaniem” kamienic. Słowo „odzyskiwanie” musi być tu ujęte w cudzysłowie, gdyż, jak bardzo wnikliwie wyjaśniają w książce autorzy, reprywatyzacja to proceder, który nie ma wiele wspólnego przekazywaniem prawowitym właścicielem ich znacjonalizowanego mienia. „Po 1989 roku w Polsce sentymentalizm historyczny wręcz eksplodował, bezkrytyczna gloryfikacja II Rzeczpospolitej po latach dała efekt w postaci przyzwolenia przez większość polskiego społeczeństwa na dziką reprywatyzację traktowaną bezrefleksyjnie w kategoriach wyrównywania historycznych „krzywd”. Zwrot dawnym właścicielom i ich spadkobiercom pałaców, kamienic, gruntów czy fabryk miał przywrócić sprawiedliwość, odwieczny ład i porządek. Tyle, że jeśli ktoś ma zyskać, to inny musi stracić”.

Brzeska nie była wiecowym mówcą, ale wyróżniała się uporem i determinacją, wśród organizujących się lokatorów, zaangażowanych w walkę z dotykającą ich niesprawiedliwością. Nigdy nie opuszczała kolejnych spotkań organizacji lokatorskich, uczestniczyła w ulicznych protestach i tych, które odbywały się na sesjach Rady Miasta. Wiele wskazuje, że właśnie jej upór i determinacja, skłoniły kogoś, by nastać na jej życie, możliwe, że chciano ją tylko zastraszyć, ale coś poszło nie tak, komuś puściły nerwy i posunął się do ostateczności. Autorzy starają się przedstawić wszelkie możliwe tropy i ślady związane z tragiczną śmiercią, głównie, dlatego, że o tak rzetelnej analizie różnych hipotez zapomniała policja i prokuratura. Organy ścigania wykazały się niedbalstwem i przyjęły wersję o samobójczej śmierci, najmniej prawdopodobną, ale najwyraźniej najwygodniejszą. Obecnie pojawiła się nadzieja związana z decyzją o wznowieniu śledztwa w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej, czas pokaże, czy przyniesie ono spodziewane rezultaty.

wszystkich-nas-nie-spalicie-b-iext44557229Tragedia warszawskiej działaczki ruchu lokatorskiego stanowi dla autorów również preludium do bardziej szczegółowego omówienia losów innych pokrzywdzonych mieszkańców zasobów lokalowych miasta. W istocie, bowiem postępowanie władz miasta, jak i specjalistów od „czyszczenia kamienic” świadczy o tym, że często, wieloletni mieszkańcy stołecznych kamienic, są jedynie pewnym mało znaczącym elementem owego zasobu. Na własne nieszczęście nie przedstawia „istotnej wartości”, więc można ich razem z owym zasobem „sprzedawać” czy raczej „oddawać” w ramach procesu reprywatyzacji. Dokładnie omawiana jest cała metodyka owego procesu, łącznie z najbardziej znanymi jej beneficjentami, urzędnikami, którzy ów proceder ułatwiają, i prawnikami, którzy nadają mu pozory legalności czy też „dziejowej sprawiedliwości”. W istocie jednak mamy do czynienia z działaniem, które nie tylko krzywdzi obecnych mieszkańców i nie prowadzi, do jakiegokolwiek naprawienia krzywd, a jedynie generuje kolejne. Na podstawie często wątpliwych, nieweryfikowalnych informacji, lub weryfikowanych w sposób pobieżny miasto pozbywa się całych kamienic razem z lokatorami. Skazuje ich tym samym na łaskę właścicieli-spekulantów, którzy chcą się ich pozbyć wszelkimi sposobami, poczynając oczywiście od wielokrotnego podnoszenia czynszu, a nierzadko posuwając się również do gróźb i szykan. W książce możemy szczegółowo poznać historię przynajmniej kilku kamienic i walki ich mieszkańców. Jak z goryczą przyznają autorzy, ta walka rzadko przyciąga uwagę mediów i opinii publicznej, kiedy sami lokatorzy przedstawiają szczegóły swojej gehenny, wielu nie dowierza, że taki rzeczy mogą dziać się w „państwie prawa”. A gehenna lokatorska trwa od lat i odbywa się przy współudziale miejskich radnych i urzędników. Nie tylko lekceważą oni sprawy lokatorów, ale też owocnie ułatwiają nowym kamienicznikom ich działania. Owo przyzwolenie, jak wykazała, niedawna afera z reprywatyzacją działki przy ulicy Chmielnej 70, najwyraźniej ma swoją cenę i pozwala sowicie „dorobić sobie” do urzędniczej pensji. Pozostaje jednak cały czas otwarte pytanie, czy ten kolejny przykład „reprywatyzacji” wreszcie zmusi decydentów do uregulowania tej kwestii. W tym miejscu również czytelnik jest wnikliwie zapoznawany z tym, jakie były już podejmowane wysiłki związane z wprowadzeniem owych regulacji i jak niewiele na razie zostało w tej sprawie zrobione. A zastany stan pozwala na działania „czyścicieli kamienic” i skupujących kolejne kamienice spekulantów nie tylko w Warszawie, ale również w inny miastach. Poznajemy, więc przykłady działań wymierzonych w lokatorów poznańskiej kamienicy przy ulicy Stolarskiej, a także z Łodzi i Krakowa.

Lokatorzy nie mogąc liczyć na wsparcie urzędników i władz, muszą się organizować samodzielnie, często uczyć się na własnych błędach, wnikliwie studiując prawo, poznając mechanizmy rządzące mediami, by umieć zainteresować opinię publiczną swoim losem. Bez względu na wszelkie przeszkody, ta żmudna walka uczy lokatorów pomocy wzajemnej i solidarności, przynosi drobne zwycięstwa i rodzi nadzieję. Jolanta Brzeska zginęła walcząc… i właśnie dalsza walka o sprawiedliwość jest najlepszym hołdem dla pamięci o niej.

Piotr Ciszewski,Robert Nowak "Wszystkich nas nie spalicie" - wydawnictwo Trzecia Strona, 2016 r.

 

Łukasz Weber

 

Recenzja opublikowana na www.rozbrat.org

Ewa Małopolska "Myśleć - znaczy być wolnym"

 

anarchia-i-chrzescijanstwo-d-iext29913937Rozczaruje się ten, kto sięgając po Anarchię i chrześcijaństwo sądzi, że zetknie się z doktryną. Że dostanie do ręki efekt skrupulatnych badań porównawczych, zestawienie kontrowersyjnych wypisków z klasyków anarchizmu oraz biblijnych cytatów. Rozważania Ellula z pewnością nie są pełne, nie wyczerpują tematu, nie są niepodważalne... Ale nie jest to zbiór papierowych mądrości, lecz spostrzeżenia człowieka myślącego, który obserwuje i przeżywa świat - a potem wyciąga wnioski.


A jednak pomyli się także ten, kto wobec powyższego spodziewać się będzie wycinkowego spojrzenia na rzeczywistość, może ciekawego - lecz uzasadnionego tylko z punktu widzenia Ellula - osądu. Autor Anarchii i chrześcijaństwa to człowiek, który swojego świadectwa nie opiera wyłącznie na własnym doświadczaniu, bogatym, ale przecież jednostkowym, lecz także na gruntownych studiach i wnikaniu w teksty aż do krwi. Jego przekonanie o możliwości, a niekiedy wręcz konieczności łączenia chrześcijaństwa z anarchizmem, biorą się przecież z Biblii, a nie z naiwnej wiary lub dziecięcego pragnienia, aby to, czego się chce, było prawdą.


Czym więc Anarchia i chrześcijaństwo jest? Jest historią drogi, jaką człowiek dociekliwy przechodzi od przeczucia do przekonania. Historią drogi człowieka, który świadomie podejmuje decyzję o pójściu za Jezusem, a następnie o wyborze anarchizmu jako osobistej racji. I robi to ani na ułamek sekundy nie porzucając przekonań raz już powziętych i ugruntowanych. O tym, że jego decyzje są efektem szczerych poszukiwań, może zaświadczyć ścisłe określenie granic, w których o zazębianiu się obu postaw w ogóle może być mowa. Postaw - nie doktryn, bo tożsamość określa sposób życia i widzenia świata, a nie zbiory zasad. I dotyczy to w takim samym stopniu anarchizmu, jak i chrześcijaństwa. „Nie będę tutaj postępował tak, by pokazać za wszelką cenę swego rodzaju zbieżność między anarchizmem i wiarą biblijną - uprzedza autor. - Będę trzymał się tego, co wydaje mi się, że zrozumiałem z Biblii, która dla mnie może stanowić prawdziwe Słowo Boże”.


A jeśli dla kogoś go nie stanowi? A jeśli nawet ten, komu Anarchia i chrześcijaństwo przypadkowo wpadła do ręki, z anarchizmem ma najgorsze skojarzenia lub w najlepszym wypadku niczego o nim nie wie? Jeśli nie jesteś, drogi Czytelniku, ani chrześcijaninem, ani anarchistą i nie przechodzisz podobnych do Ellula rozterek? Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, iż po tę książkę z korzyścią może sięgnąć każdy. To publikacja, która obala bardzo wiele stereotypów, zarówno na temat chrześcijaństwa, jak też anarchizmu - i jestem przekonana, że nie tylko pomóc może osobom, będącym w podobnym do autora położeniu, ale również, a może przede wszystkim, powinna trafić do zwykłego czytelnika. I choć jako anarchistka, która świadomie została chrześcijanką, z niektórymi przekonaniami Ellula się nie zgadzam (zawiłe kwestie prozelityzmu oraz interpretacja niektórych fragmentów Biblii), to jednak uważam, że siła świadectwa oraz postawa człowieka, uczciwie poszukującego prawdy, są czymś, z czym warto się spotkać.        



Ellul J., Anarchia i chrześcijaństwo, Bractwo Trojka, Kraków - Poznań, 2015

 

UWAGI NA MARGINESIE KSIĄŻKI HISTORYCZNEJ - recenzja książki "Barykady i katorga"

 

Recenzja została pierwotnie zamieszczona w nr 2(44)/2015 pisma anarchistycznego "Inny świat"


Trudno pisać recenzję książki, która nie jest ani monografią, ani zbiorem dokumentów, ani utworem literackim. Mowa tu o kolejnej pozycji Oficyny Wydawniczej Bractwa Trojka, autorstwa Noja Gitera-Granatsztajna, Barykady i katorga. Wspomnienia anarchisty, która ukazała się na początku 2015 r. W jaki sposób należy recenzować wspomnienia? Subiektywny opis wydarzeń i ludzi, otaczających autora, nie da się omówić za pomocą standardów imadła naukowego. Z tego powodu poniższy tekst jest luźną recenzją, jaka obok książki sygnalizuje szersze zagadnienia, związane z historią.



Dla kogo jest przeznaczona omawiana lektura? Czy w ogóle warto wydawać kolejne pozycje, dotyczące historii anarchizmu? Czy „niczego nie potrzeba nam bardziej niż wyjęcia głowy z piasków przeszłości i skontaktowania się teraźniejszością, bo cóż jest ważniejszego niż walka tu i teraz?”. Czy to strata czasu i odciąganie anarchistów od prawdziwej walki „tu i teraz”, od budowania barykad - zamiast czytania książek, podpalania radiowozów - zamiast pracy u podstaw? Otóż fakt, że „Machno umarł, Bakunin umarł, Durruti umarł - pomarli 100 lat temu!” wcale nie oznacza, iż „nic nie jest w stanie spędzić ich imion z ust polskich anarchistów, uwieszonych na swoich idolach”. To może zapomnijmy wszystko i spalmy te „IPN-owskie tropienia śladów przeszłości”. Cóż wtedy zostanie? Polska w ogniu... Jest ogromna różnica między tym, co robi IPN, a historycznymi inicjatywami polskich anarchistów (których zresztą wcale nie jest tak dużo). Ta pierwsza instytucja poszukuje wrogów, by próbować łączyć swoją wspólnotę narodową, natomiast ruch libertarny stara się wyłapywać pewne cechy wspólne, symbole, elementy spajające i bez tego podzielonych wolnościowców. Nie potrzebujemy szukać wroga, znamy go od wieków, ale nie znamy siebie i nie chcemy poznać. Jeżeli ktoś uważa, że historia anarchizmu jest napisana i że kilka nazwisk ruchowi zupełnie wystarczy, to jest w błędzie. Jeżeli ktoś twierdzi, iż historia nie jest potrzebna, to niech próbuje informować polskich anarchistów i lewaków o tym, co się dzieje w walkach partyzanckich w Ameryce Południowej, o tysiącach zamordowanym chłopów-naksalitów, walczących w Zachodnim Bengalu, których imion nie znaliśmy, nie znamy i nigdy nie poznamy. Może jednak warto skupiać się też na własnym podwórku i poprzez historię - ale oczywiście nie tylko - szukać kluczy do umysłów osób, mieszkających w Polsce? Może ta historia będzie dla nich bardziej zrozumiała, niż walka w Grecji?



Z tej zaiste nihilistycznej postawy nigdy nie wyjdzie formuła kształtu: „By przywrócić polskiemu środowisku anarchistycznemu równowagę między tym, co minione a tym co wciąż żywe i aktualne, chcemy lansować wiedzę o książkach i broszurach, dotyczących współczesnych walk i praktyk oporu” (1). O dziwo, nihiliści mówią o równowadze! Przecież rewolucja nie cierpi równowagi, złotych środków itd.! To nie jest żadna równowaga, a jedynie chęć narzucenia wszystkim anarchistom własnej wizji, która wcale nie musi być słuszna ani zasadna, ani nawet anarchistyczna. Nie mówimy tu o jakiejś wyłącznej misji syndykalizmu czy budżetów partycypacyjnych - lub też innych „legalnych” inicjatyw wolnościowych. Chodzi o to, że nie każdy będzie rzucał „koktajle Mołotowa”, a tym bardziej nie każdy to zrozumie, tak jak nie każdy potrafi pisać książki i - jak się okazuje – także nie każdy je rozumie.



Czy promowanie idei anarchistycznych i ich popularyzowanie (m.in. poprzez historię) jest czymś gorszym niż tzw. antysystemowość skłotersów? Czym portal o współczesnym terroryzmie rewolucyjnym jest lepszy od książek o historii ruchów wolnościowych? Mają po prostu inne profile. Po co nam nauka, przecież propaganda i walka tylko przez czyn. Tylko: czym jest czyn i czemu te czyny służą? Czyżby nasi piewcy radykalizmu mogli pochwalić się czymś konstruktywnym? Możemy się zapytać: po co tworzyć stronę internetową, czy nie lepiej by było zająć się tworzeniem wirusów, niszczących rządowe, policyjne, korporacyjne etc. strony? Gdy już ta strona istnieje, to warto ją robić sumiennie (2). Sumiennie też należy wydawać książki historyczne.



Tradycyjna czerwona okładka i miękka oprawa są znane czytelnikom ze wcześniejszych pozycji poznańskiego wydawnictwa. Tym razem do rąk odbiorców trafiły wspomnienia... No właśnie. Czyje to wspomnienia? Jak wskazuje tytuł, są to „wspomnienia anarchisty”. To akurat nie do końca jest prawdą, gdyż połowę książki zajmują wspomnienia bundowca. Jak się wydaje i jak wynika z samych wspomnień - anarchizm nie jest w nich jakoś szczególnie uwypuklany czy też omawiany. Są to wspomnienia rewolucjonisty, któremu przyszło działać na początku XX w. w Imperium Rosyjskim. Relacje osoby o radykalnych poglądach lewicowych, losy której znakomicie oddają ducha tamtej epoki. Ciężka sytuacja proletariatu, walka rewolucyjna, demonstracje i zamieszki, terroryzm, konspiracja, więzienia i ucieczki, katorga...



Książka została przygotowana przez kolektyw redaktorski, który też przetłumaczył wspomnienia z języka rosyjskiego (3). Kolektywowi redakcyjnemu - co prawda - zabrakło odnośników do polskiej literatury przedmiotu (4). Pewne wątpliwości w związku z tym budzi zapis nazwiska Giter-Granatsztajn. Może warto by było zostawić to, które już było tłumaczone z jidysz, czyli Giter-Granatstein? Jak podkreślił we wstępie sam kolektyw, książka jest napisana łatwym językiem, a jej charakter jest wręcz „skromny” - aczkolwiek dość szczery i autentyczny. I chociaż wspomnienia „robotnika-samouka” zostały przetłumaczone nie najgorzej, niemniej jednak można wyłapać pewne potknięcia językowe, o których powiemy później. Książka została wzbogacona zdjęciami, obrazującymi demonstracje, więzienia oraz katorżników. Szkoda tylko, że brakuje zdjęcia głównego bohatera.



Noj Giter-Granatsztajn - żydowski robotnik-krawiec, urodzony w 1886 r. na tzw. ziemiach polskich, od 1902 r. członek Bundu, po 1905 anarchista, opisuje swoje losy podczas pobytu w Łodzi, Warszawie, Paryżu i Syberii. Z ruchem robotniczym związał się jeszcze jako nastolatek, angażując się w działalność żydowskich socjalistów z ramienia Bundu. Uczestnicząc w bojówkach, poznał cały smak swojego wyboru. Oprócz stałych kontaktów z przemocą (liczne pobicia przez kozaków, policję, klawiszy) i śmiercią, utratą towarzyszy, młody Granatsztajn wspomina również o pozytywnych momentach. Wśród nich tzw. birże robotnicze (s. 10), rzeczywiście odgrywające rolę forów rewolucyjnych, birże, o których krążyły legendy. Na przykład w Białymstoku taka „birża” znajdowała się przy ul. Suraskiej, gdzie anarchiści czuli się jak ryba w wodzie. Nabycie broni i literatury, dyskusje, informowanie o bieżących wydarzeniach rewolucyjnych to tylko cząstka spraw, załatwianych w tych miejscach. Inne przykłady, to udane akcje odbicia aresztowanych towarzyszy czy też wygrane strajki. Ducha epoki oddają też akcje propagandowe i solidarnościowe, powszechnie przeprowadzane w miejscach publicznych, m.in. w teatrach oraz wykorzystywanie świąt religijnych oraz pogrzebów do demonstrowania swoich poglądów.



Granatsztajn, będący świadkiem walk proletariatu łódzkiego i warszawskiego, opisuje swoje przygody. Nie ukrywając i nie zaprzeczając stosowania przemocy, oświadcza o zabiciu policjantów: „schwyciłem za nóż i skończyłem z nimi” (s. 45). Interesująca wydaje się też wzmianka o pobycie w Paryżu, w którym wówczas przebywał znany polski lekarz-anarchista Józef Zieliński. Być może młody rewolucjonista miał okazję, by spotkać się z propagatorem anarchosyndykalizmu przy okazji różnych inicjatyw, podejmowanych przez rodzinę Zielińskich, ale tego ze wspomnień się nie dowiadujemy. Ciekawe są także przemyślenia i rozczarowanie stolicą Francji w kontekście słynnej Rewolucji Francuskiej i sytuacji proletariatu paryskiego. Autor zastanawia się nad sensem ofiar poległych za ideały równości, wolności i braterstwa. Czytając te słowa nasuwają się - chociaż z pewną dozą dystansu i uproszczenia – skojarzenia z wydarzeniami na ukraińskim Euromajdanie i ludziach z Niebiańskiej setki, śmierć których raczej nie przyczyniła się do wymarzonych zmian społeczno-politycznych.



Jeżeli chcemy, żeby publikacje anarchistyczne wyglądały bardziej poważnie, to warto by konsekwentnie ustosunkować się do pewnych tradycji naukowych, a nie pozostawać przy półśrodkach. Na przykład podawać daty dostępu do stron internetowych (ss. 6, 18, 73), ale przede wszystkim - strony w monografiach i czasopismach (ss. 24, 71, 72, 76, 79). Kolejna sprawa, to przypis, dotyczący Narodnej Woli, który jest podany za późno (s. 24) pomimo tego, że na stronach omawianej książki nazwa organizacji pojawia się wcześniej (s. 12). Mało profesjonalne jest też powoływanie się na Wikipedię, jak to było w sytuacji z Bundem (ss. 6, 18). Wydaje się również, że nie warto sięgać do tradycji prof. Wincentego Kołodzieja (5).



W drugiej części wspomnień dość interesującym wątkiem są relacje między kryminalistami a więźniami politycznymi. Charakter tych stosunków, żargon i hierarchia są wciąż aktualne i obecne w zaściankach więzień i łagrów, porozrzucanych po Rosji. W tym miejscu warto przytoczyć potknięcia językowe. Na przykład jest „blatnoj” (s. 41) zamiast „błatnoj” i tu służą pomocą liczne wzmianki w publicystyce czy chociażby wspomniana wyżej Wikipedia (6). Wśród innych uchybień: nie wiadomo, dlaczego w przypisie (s. 43) Dostojewski podany jest z imienia i nazwiska a Korolenko i Czernyszewski bez? Ponadto poprawnie należałoby tłumaczyć Korolenko, a nie Korolienko oraz Tiumeń, a nie Tiumień.



Autor skupia się na opisaniu ciężkich relacji z władzą więzienną, rosnącego poczucia zemsty wśród więźniów, osobistej walce z załamaniem nerwowym w sytuacjach ciągłego znęcania się w więzieniach. Ciekawe są również wątki, dotyczące prób ucieczek, walk więźniów o godne warunki życia, wśród których należy wyszczególnić „goły bunt” i „podkop”. Warto dodać, że wszystkich zainteresowanych bytem więźniów politycznych i katorżników w Imperium Rosyjskim na początku XX w. odsyłamy do ciekawej książki rosyjskiego socjaldemokraty, zresztą również represjonowanego w 1938 r., Iosifa Genkina (7). W swoich obszernych wspomnieniach Genkin opisał atmosferę, panującą w ówczesnych więzieniach, relacje między różnymi ugrupowaniami rewolucyjnymi, a nawet poświęcił rozdział anarchistom.



Wspomnienia Gitera-Granatsztajna są, rzecz jasna, fragmentaryczne i niedokończone. Po 1917 r. zamieszkał w Moskwie, nie wstępując do partii bolszewików. Podzielił los mnóstwa rewolucjonistów, którym udało się przeżyć epopeje trzech rewolucji, zamieszki, więzienia i katorgi, a których spotkały represje stalinowskie. Został rozstrzelany wraz z innymi anarchistami w czerwcu 1938 r., a rehabilitowany już w czasach odwilży.



Reminiscjencje Gitera-Granatsztajna są ważne również z tego powodu, iż dają możliwość porównania warunków więziennych wtedy i dzisiaj. Mamy na myśli fakt, że wkrótce powinien ukazać się dziennik współczesnego białoruskiego anarchisty Igora Oliniewicza, Jadę do Magadanu. Zapoznając się z tymi dwiema pozycjami osób żyjących w zupełnie różnych czasach i okolicznościach społeczno-politycznych, odkrywamy, iż między nimi jest więcej podobieństw niż może się wydawać. Te same metody policyjne, ci sami zdrajcy w ruchu, ta sama cena z wybór drogi rewolucyjnej. Od razu nasuwają się słowa z Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna: „Przy prawdzie stać - to jeszcze mało! Siedzieć za prawdę - sztuką całą!”. I jeden i drugi anarchista są ideowcami, konsekwentnie trzymającymi się swoich ideałów. Jak wielu z nas należy do tego grona? Ich bezkompromisowość może służyć nam dobrym przykładem. Chociażby dlatego warto wydawać i czytać podobne książki, by mieć nie jednostkową, chwilową, mimolotną wizję dnia dzisiejszego, a bardziej całościowy wizerunek świata i ruchu. Żeby budować narrację nie od 6. lutego 2008 r. czy też 14. maja 1970 r., a przez tak ważne dla nas wydarzenia, jakim była rewolucja 1905 roku i dalej, sięgając nawet protoanarchizmu, w postaci Antyfonta czy taoizmu.



Bez historii, bez pamięci nie ma tożsamości, nie ma głębszej świadomości tego, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy, nie ma analizy samych siebie. Nie ma wniosków nad popełnionymi błędami, nie ma refleksji nad taktykami i strategiami. Przecież insurekcjoniści też czytają Julesa Elizara i zachwycają się Nestorem Iwanowiczem. Podejrzewam, iż nie mają niczego przeciw, żeby o osobach, które obecnie są przetrzymywane za kratami, pisano po latach. Czyżby nie warto podkreślać, iż anarchizm i dążenie do wolności ma długie i różnorodne tradycje i oblicza? Świat nie kończy się na Grecji, jak również anarchizm nie kończy się na powstaniu i walce zbrojnej. Najwyżej może od tego się zacząć lub dopełniać całokształt praktyk anarchistycznych w odpowiednim czasie i miejscu. Może wpierw należy stworzyć podstawy do powstania masowego ruchu rewolucyjnego w Polsce? Jeżeli portal informacyjny jest taką próbą, to wspomnienia Granatsztajna jak najbardziej się w nią wpisują. Miejmy nadzieję, że wśród krytyków historii nie ma osób, które są zdania, iż najlepiej w ogóle nie mieć anarchistycznego wydawnictwa, m.in. promującego chrześcijański anarchizm (8).



Należy doceniać różnorodne formy praktyk anarchistycznych, których podejmują się polscy anarchiści. Owszem, ruch jest słaby, a może nie ruch, a tylko środowisko. Niemniej jednak nie można akceptować wyłącznej roli mesjanizmu i jedynie słusznej taktyki, jaką starają się odgrywać niektóre kierunki anarchistyczne. I jeszcze jedno - warto uważać przed flirtem (no, bo jak nazwać stosunek do niej polskich insurekcjonistów?) z przemocą. Chyba nie trzeba podawać licznych przykładów, związanych z nadużyciami i zwyrodnieniem takich struktur jak Machnowski kontrwywiad, milicje Durrutiego czy też terrorem nieumotywowanym rosyjskich anarchistów początku XX w. Innym świetnym przykładem jest Juda Grossman-Roszczin - lider terrorystów-czarnoznamienców, który aktywnie działał m.in. w słynnej stolicy anarchizmu - Białymstoku, a który po 1917 r. stał się anarchobolszewikiem. No, ale są to przykłady historyczne, „piaski przeszłości”...



Nikt nie zabrania radykalnych metod, ale w tym wirze rewolucyjnym często zapomina się o szczerości i zaufaniu wobec siebie, dialogu i realnej współpracy. A pomoc wzajemna i solidarność ustępują miejsca stałemu oblewaniu się brudem i wzajemnymi oskarżeniami.

 

Aleksander Łaniewski

 

Giter Granatsztajn N., Barykady i katorga. Wspomnienia anarchisty, Oficyna Wydawnicza Bractwa Trojka, Poznań 2015, ss. 84

 

Przypisy:  

(1) Machno umarł, Bakunin umarł - Niech żyje Anarchia!, http://grecjawogniu.info/?p=24437 (dostęp 25 V 2015);

(2) Na przykład były białoruski więzień polityczny nazywa się Aleksander Franckiewicz, nie Frankiewicz. Wywiad z białoruskim anarchistą Aleksandrem Frankiewiczem (video), http://grecjawogniu.info/?p=25137, (dostęp 25 V 2015);

(3) Н. М. Гитер-Гранатштейн, Первое массовое движение на западе России в 1900-х гг., „Каторга и Ссылка” 1925, nr 5, ss. 190-209; Воспоминания о каторге. „Каторга и Ссылка” 1930, nr 5, ss. 160-169; nr 6, ss. 111-125. Wzmianka o nim znajduje się również w niezwykle ważnym źródle, jakim jest Политическая каторга и ссылка. биографический справочник, отв. ред. М. М. Константинов, Москва 1934, s. 143;

(4) Chociażby do pisma Z pola walki 1966, nr 2 (34), ss. 471-472;

(5) Autor zabłysnął wiedzą wikipedyczną w pracy Anarchizm (źródła, jego twórcy, metody walki), Toruń 2009;

(6) http://pl.wikipedia.org/wiki/Błat (dostęp 25 V 2015);

(7) И. Генкин, По тюрьмам и этапам, Петербург 1922;

(8) Jacques Ellul, Anarchia i chrześcijaństwo, Poznań 2015.

 

Agnieszka Maria Wasieczko: Emma Goldman "Anarchizm i inne eseje" - recenzja

 Recenzja została pierwotnie zamieszczona w nr 2(44)/2015 pisma anarchistycznego "Inny świat"

 

 

11825605 911107732269374 5600483041271289099 n
Emma Goldman (1869-1940) nigdy nie znalazła godnego miejsca wśród najważniejszych myślicieli i teoretyków anarchizmu, takich jak Kropotkin, Bakunin, czy Proudhon. Choć poświęcono jej szereg książek biograficznych, doceniana jest przede wszystkim jako żarliwa mówczyni oraz aktywistka o ogromnej charyzmie i nieprzeciętnej, fascynującej osobowości. Powszechnie zauważa się jej temperament polityczny oraz zaangażowanie w działalność rewolucyjną i propagowanie myśli anarchistycznej - lecz jej bogata publicystyka i dorobek intelektualno-pisarski nie stał się dotychczas przedmiotem głębszej refleksji. Co i rusz cytuje się jedynie słynny slogan Goldman: „Jeśli nie mogę tańczyć, to nie jest moja rewolucja”, acz zwykle nie towarzyszy temu namysł, jaki jest jego głębszy sens i pierwotny kontekst użycia. Lukę tę postanowiło wypełnić poznańskie wydawnictwo Oficyna Bractwa „Trojka”, które ze znacznym opóźnieniem, po ponad stu laty, w serii Biblioteka Klasyków Anarchizmu po raz pierwszy wydało w języku polskim książkę Anarchizm i inne eseje. Publikacja to przekład oryginału angielskiego pt. Anarchism and other Essays, który pierwotnie ukazał się w 1910 r. nakładem Mother Earth Publishing w Nowym Jorku. O ile wspomina się spuściznę pisarską Goldman, to przede wszystkim wskazuje się na nią jako prekursorkę anarchofeminizmu i teorii queer, czy raczej - queerowego anarchizmu. Wprowadziła ona na grunt refleksji anarchistycznej perspektywę feministyczną, a za istotną, choć dotychczas niedostrzeganą, uznała tematykę związaną z płcią i kobiecą seksualnością, również - tą nieheteronormatywną. Jednak takie postrzeganie specyfiki dorobku pisarskiego autorki Anarchizmu i innych esejów nie jest do końca sprawiedliwe i nie oddaje jego różnorodności. Powszechnie uznaje się, że przeniosła ona wkład myśli anarchistycznej na dotychczas niedostrzegane obszary, jednak jak podkreślił autor Wstępu do książki, historyk Piotr Laskowski, przekraczając granice myśli, Goldman całkowicie je przeobraziła, podobnie jak feminizm i teoria queer. Zakwestionowała ona ramy dotychczasowego porządku politycznego i społecznego, a także uznawane dotąd formy oporu - również i te, a może przede wszystkim - stworzone przez anarchistów.



Na marginalizację rozproszonego pisarstwa Goldman, które nigdy nie przybrało formy usystematyzowanego, spójnego wywodu, złożyło się przede wszystkim to, że chętniej przemawiała, niż pisała, a jeśli już - to uprawiała głównie publicystykę. Formę tę przybrała jej autobiografia, Living my Life, natomiast Anarchizm i inne eseje - to zbiór artykułów, opublikowanych głównie na łamach redagowanego przez nią pisma Mother Earth. Obok Przedmowy, autorstwa Goldman, niniejszy tom wzbogacił również jej Szkic biograficzny, napisany dość pompatycznym stylem przez nowojorskiego anarchistę, Hypoolite’a Havla, w 1910 roku (jego sylwetkę przypomnieliśmy w 38 nr IŚ - dop. AMW). Spectrum jej zainteresowań jest nader szerokie: autorka zajmuje się przemocą, zbrodniami umotywowanymi politycznie, w tym - popełnionymi przez anarchistów (esej: Psychologia terroryzmu) oraz więziennictwem (Więzienia - zbrodnia i porażka społeczna), potępia militaryzm i wojny (Patriotyzm - zagrożenie dla wolności) oraz piętnuje fałszywą moralność, bigoterię, dewocję, klerykalizm, purytańską obłudę i religijność, które stają się przyczyną opresji wolnych jednostek (Hipokryzja purytanizmu). Goldman zwraca się również ku prawom dziecka oraz propaguje nowoczesną, wolną od wpływów kościoła, edukację wolnościową (Francisco Ferrer i szkoła nowoczesna) - lecz szczególnie wiele miejsca poświęca różnym formom ucisku kobiet w obrębie kapitalistycznego systemu ekonomicznego, do których należą m.in. handel żywym towarem i przemoc seksualna (Handel kobietami), patriarchalne małżeństwo i rodzina (Małżeństwo i miłość), czy pozorne prawa nadawane przez państwo, które w żaden sposób nie przyczyniają się do emancypacji (Prawa wyborcze dla kobiet, Tragedia kobiecej emancypacji). Wreszcie, w ostatnim rozdziale, Emma Goldman poddała wnikliwej analizie literaturę i we współczesnej sobie dramaturgii z Rosji, Francji, Skandynawii, Niemiec oraz krajów anglosaskich dostrzegła istotne medium, przydatne do wcielania zmian społeczno-politycznych oraz radykalizowania i budowania nowego społeczeństwa (Dramat współczesny - potężne narzędzie szerzenia myśli radykalnej).



Czym jest anarchizm? - zastanawia się Emma Goldman w swej Przedmowie, gdyż setki razy zadawano jej już pytanie „jak będą się miały rzeczy” w czasach, gdy zwycięży. Według działaczki odpowiedź jest jednak niemożliwa, ponieważ anarchiści „nie mogą spójnie wyłożyć żelaznego programu ani metody”. Każde pokolenie powinno wypracować własną praktykę i środki działania, dlatego Goldman odrzucała możliwość „domknięcia” tego projektu politycznego. Z próbą zdefiniowania systemu bezpaństwowego zmierzyła się jednak w eseju Anarchizm - co to właściwie oznacza? Według Goldman filozofia tego nowego porządku, „opartego na wolności nieograniczonej ludzkim prawem”, która zakłada niewłaściwość, szkodliwość oraz zbędność wszystkich form rządów, opartych na przemocy, przede wszystkim „nawołuje człowieka do myślenia, badania, analizy każdego sądu”. Formułowana „na gorąco” myśl i refleksja intelektualna Goldman była ściśle związana z jej życiem i aktywizmem. Krystalizowała się pośród konkretnych ludzi, konkretnych sytuacji, cierpienia i represji, które skłaniały ją do podjęcia konkretnej interwencji praktycznej i teoretycznej. Choćby - wydarzenia z Hymarket Square w Chicago (1887), które bacznie śledziła i które pozostawiły na niej silne piętno. Jak zauważył Piotr Laskowski, Emma Goldman zniosła anachroniczny podział na praktykę i teorię. Choć w Przedmowie do Anarchizmu i innych esejów autorka napisała, że nie wierzy już w „siłę słowa mówionego” i przeciwstawia „zażyły związek” pisarza z czytelnikiem, jej myśl kształtowała się zawsze w konkretnej „przestrzeni międzyludzkiej”. W jaki sposób myśl może wpłynąć na rzeczywistość społeczną oraz stać się formą walki politycznej niosącej zmiany, co włoski filozof, Giorgio Agamben, opisał później w Homo Sacer jako „ascetyczne uwalnianie ducha z okowów odczuwalnej sytuacji historyczno-społecznej”? (1) Jaką formę powinna przybrać walka polityczna? Jak skonstruować opór, by nie stał się on jałową negacją otaczającego świata? Czy zanurzony w nim głęboko, uspołeczniony, aktywny podmiot może zorganizować go na nowo, na innych zasadach? „W negacji, jak w ogniu, jest niszczycielska moc. Jak utrzymać ją w ryzach, jak określić, gdzie miałby się zatrzymać, gdy to, co musi zniszczyć i to, co musi zachować, jest często nierozerwalne, zespojone?” - spytała się Goldman w pierwszym numerze Mother Earth z 1906 r. (2).



Rok później, na kongresie anarchistów w Amsterdamie (1907), zacytowała zdanie Henryka Ibsena z dramatu Wróg ludu, który napisał, iż „najsilniejszym człowiekiem w świecie jest ten, kto jest zupełnie sam” (3). Emma Goldman zawsze wierzyła w to, że anarchizm należy budować na marginesie, poza granicami, wśród wykluczonych, zmarginalizowanych, odrzuconych, obcych, niechcianych, wyłączonych nie tylko z systemu kapitalistycznego, ale również z dostępnych form oporu. W swym eseju pt. Tragedia kobiecej emancypacji udowodniła, że państwo, które oferuje „pozorne zrównanie istnień ludzkich”, faktycznie daje fałszywą nadzieję na wyzwolenie oraz wykluczeniem zarządza. Choć np. w stanach USA o równych prawach wyborczych zagwarantowano kobietom równe prawa własności - lecz cóż po nich tym, które są jej pozbawione, jak choćby robotnice dniówkowe, żyjące z dnia na dzień? Dlatego w eseju Prawa wyborcze dla kobiet Goldman wyraziła przekonanie, iż od powszechnego prawa do głosowania dla wszystkich obywateli znacznie sensowniejsze byłoby zrównanie praw wyborczych w obrębie wybranych grup społecznych. Formy podporzadkowania - tj. własność prywatna - nie znikną, ponieważ są wytworem i siłą napędową istniejącego porządku. Nieustannie się „reprodukują” i nabierają siły, dlatego tak istotne jest rozpoznawanie i podważanie granic najbardziej zamkniętych tożsamości i struktur, również - tych rewolucyjnych. W działaniu anarchistów Goldman dostrzega tendencję do wyznaczania granic i określania warunków przynależności do danej społeczności. Aby „rozdzielać i rozbijać” domknięte struktury, przekraczać całości, zawsze ujmowała się za najsłabszymi: dziećmi, kobietami, osobami nieheteronormatywnymi i ciemnoskórymi, więźniami, bezdomnymi, migrantami, mniejszościami etnicznymi, ofiarami handlu ludźmi, stręczycielstwa i przemocy seksualnej, pogardzanymi przez wszystkich prostytutkami oraz robotnikami, wyzyskiwanymi przez pracodawców.



Przeciwstawienie myślenia o większości przeciw postawie mniejszościowej, przełamującej granice, najpełniej opisała w eseju Mniejszość przeciwko większości. To zbiór jej przemyśleń na temat kwestii wspólnotowych oraz indywidualizmu. Zdaje sobie sprawę z tego, że być może zostanie za to obłożona anatemą jako „wróg ludzkości”, gdyż wiele osób ma zwyczaj wyrywania pojedynczych zdań z kontekstu, podobnie, jak było w przypadku Fryderyka Nietzschego, któremu zarzucono „nienawiść do słabych” tylko dlatego, że uwierzył w Űbermenscha, czy też Maxa Stirnera, którego okrzyknięto zwolennikiem filozofii „każdy sobie rzepkę skrobie” i „do diabła ze słabościami”! Nie zauważono tu jednak szansy na przebudowę społeczną, związaną z indywidualizmem Stirnera. Stanie się to dopiero dzięki wysiłkowi wolnych jednostek. Dzieląc się w Przedmowie do swej książki wątpliwościami co do takiego ujęcia, które może sprawiać wrażenie wyniosłej, pełnej pogardy, arystokratycznej, a nawet - sekciarskiej pogardy dla „tłumu”, Goldman wyjaśniła, że pisze o „większości” wyłącznie jako kategorii ilościowej. Silnie zatomizowane, pozbawione wewnętrznej energii, bierne jednostki, zdaniem Piotra Laskowskiego - podobne do tych, które stały się owocem wspólnego modelu cywilizacyjnego, silnie stawiającego na indywidualizm, chciałoby się powiedzieć - zanurzonych w dzisiejszej „samotności tłumu”, są pozbawione sił, napięć i twórczych relacji. Tym, co je niekiedy spaja, jest według Goldman przynoszący uciechę, istniejący „poza” i zarządzający nimi „pokaz” (ang. display), „obraz”, „widowisko”, czy też „spektakl” dla gawiedzi. Może stać się nim wszystko: „konkurs psów, mecz bokserski, lincz , pojmanie drobnego przestępcy, wieść o ślubie dziedziczki, czy akrobatycznym wyczynie byłego prezydenta”. Zdaniem autorki esejów opinia publiczna, jakiej zarzuciła ona tchórzostwo i uleganie najniższym instynktom, stała się „wszechmocnym tyranem”. Natomiast „mniejszość” - to nie kategoria ilościowa tylko grupa twórczych jednostek, które energetycznością swego działania „rozdzielają” i „rozbijają” to, co większościowe.



Jak przyznała Goldman, jej brak zaufania w masy wziął się z wiary w możliwości jednostki. Jednak, co trafnie zauważył w swym Wstępie Laskowski, w tym, co mniejszościowe dostrzegła ona niebezpieczeństwo celebrowania „własnej odrębności”, elitarnej wyższości i zatopienia się w „ponurej, rewolucyjnej dyscyplinie”. Zwrócili na to również uwagę przywołani przez Piotra Laskowskiego Deleuze i Guattari, którzy w Mille Plateaux, w tej postawie mniejszości dostrzegli zagrożenie drobnymi „mikrofaszyzmami”, „dzięki którym ten lub ów odkrywa powołanie sędziego, obrońcy sprawiedliwości, samozwańczego policjanta” (4). Wolą oni wierzyć jednak w wielość ruchów i „sposobów istnienia”. Z kolei Michel Foucault w Przedmowie do Anty-Edypa takie jednostki nazwał „politycznymi ascetami, smutnymi aktywistami, terrorystami teorii, walczącymi o czystość politycznego ładu i politycznego dyskursu” (5). Wedle Goldman od tego zagrożenia nie jest też wolny ruch anarchistyczny. We wstępie do Anarchizmu i innych esejów Laskowski przytoczył jeden z najbardziej znanych fragmentów Living my Life, w którym tańcząca Emma, pouczona przez swych towarzyszy, że jej „frywolność może zaszkodzić Sprawie”, odpowiedziała: „Byłam zmęczona Sprawą, którą ciągle rzucano mi w twarz. Nie sądziłam, by Sprawa, której stawką był piękny ideał, anarchizm, mogła zaprzeczyć życiu i radości” (6). Oto właściwy sens zacytowanego na wstępie, a często pojmowanego opatrznie, popularnego sloganu autorstwa Emmy Goldman. Jej towarzysze okazali również wrogość w reakcji na zamach, dokonany na prezydencie McKinley’u przez Leona Czołgosza (1901). Analiza przemocy politycznej zawsze skrajnie trudna i niebezpieczna, ponieważ, o ile przemocowe działania przyjmiemy ze zrozumieniem i empatią, zostaniemy oskarżeni o ich pochwalanie, a nawet o wspólnictwo ze sprawcą! Jednak zdaniem Goldman największym „przestępcą” jest państwo. „W porównaniu z masową przemocą kapitału i rządu polityczne akty przemocy są niczym kropla w morzu krzywdy” - skonkludowała swe rozważania w Psychologii terroryzmu. Dlatego sprzeciwu wobec tyranii nie waha się nazwać „najwyższym z ludzkich ideałów”.



Goldman okazała opór wobec tego, co Foucault nazwał po latach „socjalistycznym rasizmem” (7). Dostrzegł go również u anarchistów, jednak zdaniem Piotra Laskowskiego to właśnie klasyczka anarchizmu „zdołała stworzyć narzędzia, pozwalające anarchistom wciąż na nowo uchodzić z rasistowskiej pułapki”. Również i we współczesnym ruchu prowadzi się dyskusje o „jedynie słuszną drogę anarchizmu”, dlatego refleksja Emmy Goldman, która przeciwstawia się jakiemukolwiek wykluczeniu, jest tak cenna i pouczająca. Innym niebezpieczeństwem, stojącym przed tym, co mniejszościowe - jest chęć ustanowienia się większością. Taki los spotkał np. pierwszych chrześcijan, gdy zdołali oni stworzyć kościół większościowy, czy Reformację, gdy odniosła ona zwycięstwo. Kiedy „Luter i Kalwin stali się politykami i zaczęli usługiwać drobnym potentatom, szlachcie i duchowi tłumu, zaprzepaścili ogromne możliwości Reformacji” - napisała Goldman w Mniejszości wobec większości. Jej zdaniem z tym niebezpieczeństwem kiedyś będą musieli zmierzyć się również socjaliści. Piotr Laskowski dostrzegł w tym kontekście zaskakującą zbieżność z przemyśleniami Judith Butler, głównej wyznawczyni teorii queer (queer theory), która w 2010 roku odmówiła przyjęcia nagrody Civil Courage Prize, ufundowanej przez środowiska LGBT. Jej zdaniem byłoby to równoznaczne z „utratą odwagi”, gdyż „gospodarze nie chcą uznać polityki antyrasistowskiej za część swojej pracy”. „Zdystansowanie się od udziału w rasizmie, antymuzułmańskim rasizmie” Butler uznała zaś za swój obowiązek. „Obecnie wiele rządów europejskich twierdzi, że nasze prawa, prawa gejów, lesbijek, osób queer muszą być chronione i każe nam wierzyć, że nowa nienawiść wobec imigrantów jest konieczna, by nas chronić. My musimy powiedzieć „nie” takiemu układowi. Umieć powiedzieć „nie” w takich okolicznościach - oto, co nazwałabym odwagą” - powiedziała Butler (8). Podobnie, jak Goldman, która wyszła poza zamkniętą mniejszość i ponad 100 lat temu broniła osób homoseksualnych, na pewno jej nie zabrakło.



Przełożenie esejów Emmy Goldman, jakie pierwotnie były przeznaczone do wygłaszania publicznie przed szerszym audytorium, nie było proste. Język, którym operuje, jest żywy, osobisty, bardzo emocjonalny, żarliwy, pełen wykrzykników, skierowanych do czytelników i wybranych adresatów. Swe teksty, rozbite dygresjami, wtrąceniami, odniesieniami literackimi i historycznymi, zilustrowała ona szeregiem przykładów, statystyk oraz danych liczbowych. Uszanowanie i zachowanie specyfiki tego płomienistego, obrazowego stylu, a zarazem zadbanie o jego klarowność tak, aby po ponad 100 laty nie znużył czytelnika, było prawdziwym wyzwaniem dla tłumaczy i tłumaczek. Jak przyznali, „starali się nie narzucać (…) określonego oglądu Emmy Goldman”, a także uszanować tekst, autora i czytelnika, nie roszcząc sobie praw do rozporządzana żadnym z nich”. Myślę, że im się to udało. Książka zwraca również uwagę starannością przygotowania pod względem edytorskim. Z uwagi na przemówieniowy charakter swych tekstów Goldman nie zadbała o dokładne podanie źródeł wszystkich cytatów i wyimków, a niekiedy całkiem przeinaczyła dane, podała nieistniejące anegdoty i utwory. Stąd konieczność opatrzenia jej przez redakcję tak wieloma przypisami. Niezwykle starannie opracowane, na równi z dziełem Goldman, stały się prawdziwą kopalnią wiedzy o historii ruchu anarchistycznego. Książka Anarchizm i inne eseje czytana dziś, z perspektywy czasu, nadal nie traci na aktualności. Doskonale wpisuje się w aktualny nurt badawczy, jakim jest dopisywanie historii z dotychczas nie uwzględnianych perspektyw i włączanie weń nowych „aktorów”. To pierwsza na polskim gruncie, tak obszerna praca napisana przez klasyczkę anarchizmu, z kobiecego punktu widzenia. Voltairine de Cleyre (1866-1912) tak opisała Goldman w 1893 roku: „Duch, jaki żyje w Emmie Goldman, jest jedynym, który przyniesie emancypację niewolników z niewoli, a tyrana uwolni od tyranii - to duch, który nie boi się rzucać wyzwań i cierpieć”. Ta amerykańska mówczyni, publicystka anarchistyczna, a także adeptka indywidualizmu i wolnomyślicielstwa, opowiadająca się za uwolnieniem kobiet spod wpływu instytucji państwowych, religijnych i obyczajowych, wielokrotnie spierała się z Goldman w tych sprawach. Byłoby interesujące poznać jej myśli głębiej. Ale również - innych, mało znanych przedstawicielek ruchu anarchistycznego. Sądzę, że wydanie Anarchizmu i innych esejów Emmy Goldman to dobry asumpt do podjęcia prac, zmierzających do ich przybliżenia.

 

Przypisy:

(1) Agamben G., Homo Sacer. Suwerenna władza i nagie życie, przeł. M. Salwa, Warszawa 2008, s. 205;

(2) Goldman E., Don Quixote and Hamlet, w: Mother Earth nr 1, marzec 1906, s. 41;

(3) Ibsen H., Wróg ludu, przeł. C. Wojewoda, w: Dramaty, Poznań 1977, s. 283;

(4) Deleuze G., Guattari F., Mille Plateaux, Paryż 1980, s. 279;

(5) Foucault M., Przedmowa do Anty-Edypa, przeł. E. Charkiewicz, tekst dostępny na stronie: www.ekologiasztuka.pl./seminarium.foucault/ [data dostępu: maj 2015];

(6) Goldman E., Living my Live, Nowy Jork 1934, s. 56;

(7) Foucault M., Trzeba bronić społeczeństwa, przeł. M. Kowalska, Warszawa 1998, s. 259;

(8) Butler J., I must distance myself from this complicity with racism…, Civil Courage Prize Refusal Speech, 19. czerwca 2010; tekst dostępny na stronie: www.egs.edu [data dostępu: maj 2015].

 

Emma Goldman, Anarchizm i inne eseje, wyd. Oficyna Bractwo „Trojka”, seria: Biblioteka Klasyków Anarchizmu, Poznań 2015.

 

 

Nie żałować naboi, strzelać całymi paczkami

 

Recenzja książki: Noj Giter Granatsztajn - Barykady i katorga. Wspomnienia anarchisty

unnamedManager File Suffix
Na wprost głównego wejścia do łódzkiego centrum handlowo rozrywkowego Manufaktura stoi jedna z licznych w tym mieście famuł - domów robotniczych doby rewolucji przemysłowej. Być może niektórych mieszkańców miasta zastanawiał fakt, czemu jako, zdaje się, jedyny, wyeksponowany tego typu budynek był on pokryty szarym, brudnym obecnie tynkiem. Prawdopodobnie nie uległoby to zmianie aż po sądny dzień gdyby nie dbałość administracji o estetyczne doznania klientów centrum handlowego. Wynajęta firma budowlana otrzymała polecenie zrzucenia tynku, by dopasować famułę do standardów znajdujących się w koło, połyskujących ceglanych murów handlowej metropolii. Jakież było zdziwienie wykonawców, gdy po skończeniu roboty ich oczom ukazały się podziurawione, jak po Powstaniu Warszawskim ściany.

 

W książce Barykady i katorga, wydanych właśnie przez oficynę Trojka wspomnieniach anarchisty czytamy: "Do najkrwawszych bojów doszło w kwartale robotniczym, zwanym jako "famuła fabryki Poznańskiego". Jeszcze w przeddzień demonstracji pijani i zezwierzęceni kozacy zaczęli ostrzeliwać ten blok, na co robotnicy odpowiedzieli jednogłośnym sprzeciwem: ogniem z rewolwerów, bombami, wrzątkiem, butelkami z kwasem solnym. (...) Później budynek ten przemienił się w stos ruin." Kamienica, o której mowa znajduje się najbliżej głównego wejścia fabryki. Autor wspomnień przy innych okazjach podkreśla, że gubernator nakazał "naboi nie żałować, strzelać całymi paczkami". Mało prawdopodobne, aby budynek został zniszczony do tego stopnia, że należało go zburzyć - nie strzelano wszak pociskami armatnimi. Wszystkie te przesłanki sugerują, że możemy mieć tu do czynienia z pamiątką rewolucyjnych zrywów początku ubiegłego wieku, niespotykaną w skali światowej.

 

Łódź, to miasto duchów, gdzie jedna trzecia jego dawnych mieszkańców błąka się po uroczyskach odrapanych kamienic. Jednym z przedstawicieli tej grupy etnicznej, która "przewędrowała" do innego wymiaru jest Noj Giter Granatsztajn, żydowski anarchista, "outsider" oraz, jak na to wygląda, literat. Jego odkryte niedawno wspomnienia kontynuują w swojej warstwie informacyjno-historycznej tradycje podobnych relacji o ruchu lewicowym w dawnej Łodzi, jak Rewolucyjni mściciele Sekury, czy Łódzkie barykady, zadziwiając, że polskie społeczeństwo mogło kiedyś być zdolne do krytycznej świadomości i bezkompromisowego sprzeciwu. Nowiną jest zaś propozycja przyjęcia perspektywy wywrotowca żydowskiego, burząca mit tkwiący w umysłach niektórych naszych pogrążonych w demencji rodaków, że łódzcy Żydzi to tylko "wasze ulice, nasze kamienice". Nic bardziej mylnego, żydowski ruch biednych i marginalizowanych robotników nie ustępuje w skuteczności bojowcom PPS. W tym kontekście książka wyjaśnia i tę nieścisłość, utrwalaną ostatnio przez autorów celebrowanego, wodewilowego kina, że żydowscy czerwoni to wyłącznie krwawi dewianci, a w dodatku (co za nieszczęście) kobiety.

 

Wbrew temu, co skromnie pomijają w przedmowie wydawcy, walory literackie książki są bogate. Autor, niczym bohater klasycznego antywesternu Eastwooda, zaprowadza sprawiedliwość w skorumpowanym przez elitę społeczeństwie, roztrzaskuje głowy policjantów metalowymi narzędziami, wywija młynka ławką na komisariacie, rozbijając cenne przedmioty i dotkliwie raniąc funkcjonariuszy. W pojedynkę rzuca się na licznych oprawców, aby wyzwolić z ich rąk towarzysza. Krew tryska z ran fontanną, spływa po trotuarach, niczym w postmodernistycznym kinie Tarantino. Granat-sztajn, istny granat narracji, rozsadza atmosferę subtelnym szmoncesem, kiedy przeszukujący mieszkanie w poszukiwaniu go policjant potyka się o jego wystające zza kotary nogi, by zaraz potem, aresztowany i prowadzony po schodach, kazać podłożyć nogę temu samemu żandarmowi i uciec. Nie brakuje scen pościgów o gangsterskiej brawurze, chociaż miejsce limuzyn zajmują rowery. Skoki z rozpędzonych pociągów i wykonywane w morderczych warunkach podkopy wplatają się w nieomal socjologiczny rys struktur i prawidłowości więziennego, katorżniczego życia. Ta sama badawcza wnikliwość oprowadza autora - zbiega po ulicach Paryża. Kiedy z kafejek i bulwarów wokół Luwru przenosi się do podmiejskich slumsów i nad brzegi Sekwany, gdzie koczują bezdomni, wówczas całkiem aktualnie prezentują się jego analizy wewnętrznego rozwarstwienia "rozwiniętych" potęg ekonomicznych. Kto wie, czy jednym z gościnnych gospodarzy Granatsztajna nie był przy tym jego rówieśnik, znany, zmarły w 1917 roku w więzieniu paryski anarchista Eugen Bonaventura de Vigo, ojciec jednego z najciekawszych twórców europejskiej awangardy filmowej. I te dwa ostatnie aspekty są najbardziej może oryginalnymi elementami historycznymi tego niezwykłego dokumentu.

 

Tym większy smutek budzi więc fakt, iż znakomita część bohaterów tej opowieści została przez ich kompanów w sprawie zgładzona na rozkaz Stalina w 1938 roku, czego dowiadujemy się już z posłowia. Potwierdza to znaną prawdę, wdzięcznie wyłożoną przez Hakima Beya w jego doktrynie TSA, że rewolucja może być tylko permanentna, ta zaś, która przemienia się w struktury państwowe nieuchronnie prowadzi do swojej parodii.

 

Kiedy, wreszcie, nasza świadomość zostanie poszerzona dzięki tej niecodziennej lekturze, warto przejść się na Ogrodową i przyjrzeć się dokładnie bezprecedensowemu świadkowi opisywanych tu wydarzeń zanim będzie za późno. Bowiem utrzymujący Łodzian w błogim transie zakupów i innych jarmarcznych rozrywek znajdujący się vis a vis potentat może z obawy przed uszczupleniem swoich dochodów nakazać uciszenie tego wymownego świadka społecznej niesubordynacji rękoma usłużnych konserwatorów.

 

 

Tomasz Garncarek

Źródło: cia.media.net

Strona 1 z 13

Wszytkie kategorie