[ Produkty: ... ]

Trojka story

 

No tak, skoro mamy okrągłą rocznicę to przydałby się  jakiś tekst okolicznościowy, jakaś historyczna wspominka wyliczająca osiągnięcia i wspaniały rozwój pośród burz i zamieci, których przez ten czas było sporo. Lata wspólnych zamierzeń i ich realizacji z wieloma ludźmi, ciężko jednak zamknąć w jakimś skondensowanym i ograniczonym jak CV podsumowaniu. Do tego pojawia się mały problem z wyznaczeniem konkretnej daty początkowej całej tej historii. Dla jednych to będzie okres gdy Trojka zaczęła wydawać książki, jeszcze dla innych gdy stała się firmą, to znów gdy pojawiły się pod tą nazwą pierwsze wydawnictwa itd. Trzeba więc przyjąć, że te 20 lat to bardzo umowny wiek bo równie dobrze mogłoby być o 5 lat więcej lubo 10 mniej. Tutaj skupimy się jednak nad tym co jest chyba ważniejsze, szczególnie dla anarchisty, - nad drogą jaką przebyliśmy - a gdzie ona nas zaprowadzi to już inna bajka.

 

W drugiej połowie lat 80-tych dochodzi do głosu młode pokolenie. Nie wszyscy wtedy są małolatami, nie są to też różnice roku czy dwóch – są wśród nas bowiem starsi koledzy, którzy nie mieścili się w ramach przyjętego buntu, koncesjonowanej opozycji czy kręgu powiązań i ideowych inspiracji.

 

To jest bunt nie tylko przeciwko słabnącej komunie i „kacykowatemu” układowi, to bunt wolnej myśli, wolnego obiegu. Nie ma tutaj,  już wtedy jedynie upupionej, opozycji oraz złej komuszej władzy, jest chęć kwestionowania i jednych i drugich nie zauważających społecznych potrzeb, a szczególnie tego gdzie są i czego pragną młodzi ludzie. O dziwo i wbrew temu co plotą historycy oraz nasze elity wraz z mediami, w dużej mierze młodym nie chodziło wtedy po głowie by nastał upragniony kapitalizm z tzw. wolnym rynkiem ani też narodowa wielka polska czy szybka fura i komóra.

 

W siłę rosną nowe ruchy młodzieżowe sięgające po inne środki komunikacji i wyrażania swych myśli. Muzyka z dobitnym i jasnym przekazem oraz głosem wyrażającym całe pokolenie. Mnożące się papierowe samizdaty w krzykliwej estetyce, bez ogródek opisujące nie tylko szarą rzeczywistość PRL-owskich ulic ( zresztą robiące to celniej niż opozycyjna prasa), ale i to czym żyje i co interesuje  młodego człowieka. Na ulicach pojawiają się odbijane szablony i budzące  konsternację władzy happeningi.

 

Tematy, które się podejmuje to przymusowy pobór do wojska, zbrojenia i wojny - nie tylko zniewolonej armii czerwonej, ale i „wolnej” Ameryki - problemy ekologiczne ze sztandarową budową elektrowni atomowych, brak wolności i jednostkowego wpływu w każdej dziedzinie życia, hipokryzja władzy, ale również opozycji i moralizującego kościoła.

 

Wtedy właśnie pojawiamy się my; uczniowie zawodówek oraz techników, uznawani jeszcze za małolaty, z lekko łobuzerskim podejściem do wszystkiego. Mamy za sobą pierwsze dymy z ZOMO i siniaki na dupie, trochę lektur podziemnej prasy odkłamujących ściemniony obieg informacji oraz zafałszowanej w szkołach historii, pierwsze niepowodzenia miłosne i wypite wina marki wino, zamęt we łbie oraz marzenia.
Wcale nas to nie wpychało w łapy konformistycznego sposobu myślenia jak wielu młodych dziś, którzy wpadają  to w prawackie to w liberalne, mętne i uproszczone tłumaczenie świata. Zresztą co to za walka i bunt prawiczków co to walczą z komuną w ponad 20 lat po jej upadku, co to za konstruktywna i opozycyjna postawa fanów wolnego rynku i świętego prawa własności, gdy na świecie szaleje neoliberalizm rujnujący całe regiony i prywatyzuje się już nawet źródła rzek.

Już wtedy wiemy też, że nasi koledzy na zachodzie, do którego tak wtedy ponoć lgnęliśmy, tak samo dostają po dupie pałą jak my - za kwestionowanie tamtejszego porządku. Nie podoba się nam jakakolwiek władza, dla nas większe znaczenie ma czarna szmata z anarchią.

 

Pomimo to, by nie stać z boku i nie kibicować biernie, a brać czynny udział w dziejącej się na naszych oczach historii, łazimy na każdą demonstrację bez względu na to kto ja organizuje, czy „Solidarność”, KPN czy też WiP.  Pal sześć, może będzie dym bo wkurwia nas władza sama w sobie, więc czemu by jej nie dokopać. Kolportujemy poza tym bibułę zawyżając swój wiek bo nieletnim tak odpowiedzialnej roboty się nie daje.

 

W tamtym czasie jednym z lepszych i bardziej obiektywnych pism informacyjnych był PWA ( Przegląd Wiadomości Agencyjnych). Odbiera je od nas późniejsza pookrągłostołowa wierchuszka, a to przyszły szef tajnych służb w III RP,  a to wiceprezydent miasta Poznania, ale też nasi koledzy i koleżanki.

 

Chodzimy wtedy do szkoły zawodowej o profilu poligraficznym, a praktyki odbywamy we wszystkich  ówczesnych drukarniach miasta. Nieraz coś na szybko odbijemy, bywa że podwędzimy czcionki, farbę lub papier wspomagając wywrotową poligrafię. Nie wiem czemu, ale jakoś ciągnęło nas do tego, by poznać to wszystko od środka, poczuć siłę i moc druku niosącego tak niebezpieczną i wolną myśl. No i ta estyma drukarzy jako wywrotowców i konspiratorów drukujących w jakiś norach rewolucyjne odezwy...

 

Owszem, proza życia była całkiem inna. Byliśmy po prostu tanią siłą robocza od najgorszych prac. Pomimo to sporo się człowiek uczył i to nie tylko fachu. Ten, jak się zresztą okazało, stawał się w wielu przypadkach przeżytkiem - choćby taki zecer, który nie miał racji bytu bo druk typograficzny odchodził właśnie w niebyt, na rzecz offsetowego ze składem komputerowym, a nie ręcznym.

 

W ten oto sposób tzw. wolna Polska na dzień dobry przywitała nas nowym produktem przekształceń systemowych, czyli bezrobociem. Jako, że już wtedy prowadziliśmy bogate życie kulturalno-społeczne, m.in. polegające na loferkach miejskich czyli wędrówkach bez celu w przestrzeni miejskiej, fakt ów nie bardzo nas jednak przygnębiał. Szczególnie upodobaliśmy sobie do tej włóczęgi dachy, różnego rodzaju rudery i zapomniane fyrtle gdzie nikt o zdrowych zmysłach się nie pojawiał. Kupowaliśmy w antykwariacie na Wildzie, gdzie mieściła się nasza szkoła,  książki z półki na centymetry, a potem na dachach, przy winie spędzaliśmy czas na głośnych odczytach i dyskusjach . Nie martwiliśmy się zbytnio o przyszłość, choć ta rysowała się raczej niewesoło.

 

W tamtym czasie każdy z nas miał jakieś swoje próby tfu-rcze, od wierszydła czy opowiastki po jakąś gryzmołę, kolaż itp. Artychami jednak się nie czuliśmy i nie mieliśmy nawet ochoty. Ot, takie ujście sił witalnych, których nam wtedy nie brakowało.
Udało się nawet zamieścić to i owo w jakimś pisemku, których w tym czasie pojawiło się sporo.

Podłączyliśmy się do środowiska związanego z pismem Woskówka, które poza samym wydawaniem organizowało też spotkania, wystawy oraz happeningi, m.in. w rocznicę wydarzeń na placu Tian'anmen czy w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego pt. Co Polacy chowają w pościeli? Środowisko to wywalczyło na niecały rok, dzięki akcjom i blokadom, lokal na ul. Sierocej. Mieścił się on w pobliżu Starego Rynku, w pomieszczeniach po WKU ( Wojskowa Komenda Uzupełnień) otwieranych dwa razy do roku na pobór mięsa armatniego.

 

Niedaleko dzisiejszego skłotu Od:zysk powstało w ten sposób miejsce na spotkania, wystawy, bibliotekę i czytelnię, ciemnie fotograficzną oraz występy teatralne. Niestety wywalczyć cokolwiek w tamtym czasie było łatwiej uderzając w armię, niż mierząc się z przekształceniami własnościowymi, które objęły m.in. tą kamienicę i później całe miasto, czego skutki do dziś są odczuwalne.

 

Całkowicie niekomercyjny lokal tworzony przez młodzież i nastawiony na aktywność kulturalną, nie był po tym w stanie podołać 10- krotności pierwotnego czynszu. W ten oto sposób zakończyliśmy działalność na ul. Sierocej, na koniec urządzając dość huczną imprezę, włącznie z posądzeniem o satanizm, oraz  z występami i wystawami pt. Kultura na mróz.

 

Wykorzystując nasze poligraficzne dojścia oraz umiejętności, robiliśmy partyzancką gazetkę ścienną zajmując oszkloną gablotę należącą w naszej szkole do ZSMP. Korzystaliśmy z pomocy jednego z naszych kolegów kształcącego się przy okazji w fachu złodziejskim i zgłębiającego tajniki zamków i różnego typu zabezpieczeń.

 

Korciło nas jednak ciągle, by samemu spróbować coś wydawać, bez  martwienia się o formę w jakiej to było podane czy ocenę redakcyjnego grona. No i wreszcie stało się - chłopaki z zawodówki wykorzystując erę ksera, które nie było już koncesjonowane przez władzę, rozpoczęli wydawanie jednego z wielu zinów, jakie mnożyć zaczęły się  podczas erupcji wolnej myśli  i wydawniczej rewolucji, która wtedy wybuchła. Erupcja ta charakteryzowała tzw. trzeci obieg , w odróżnieniu od skończonego kumoterstwem i układzikami drugiego obiegu. Nasz zin nazwaliśmy dźwięcznie Szelest.

 

Na ten czas wszystko dla nas szeleściło od nas samych, którzy dorwaliśmy się do głosu począwszy, po zmienną i trudną do ogarnięcia wtedy rzeczywistość. Szeleściło miasto, dziewczyny, lektury, nasze myśli, marzenia i pragnienia. Nasz szeleszczący zin skupił różnorodne towarzystwo. Spotkania, a raczej tfu-rcze spędy przy nożyczkach, kleju, stertach gazet i domowej roboty winie odbywały się nie w centrum miasta, a na jego obrzeżach, na jednym z ratajskich blokowisk ery Gierka. Co tydzień, w piątek wieczorem, powstawały wyklejane matryce. Zin zaczął zmieniać się w dadaistyczny kolaż. Otwartość i swobodna różnorodność , często chaotyczna,  była jego wyraźną cechą. Od poszukiwań  mistyczno chrześcijańskich jednego z kamratów, surrealizm i dadaizm, anarchizującego Abramowskiego po punkowe inspiracje. Od poezji i prozy po kolaże, teksty filozoficzne, komiks i grafikę.

 

Tytuły tekstów były wyklejane z literek z gazet. W ten oto sposób, nawiązując do zecerskich korzeni, doszliśmy do tego, że i całe wiersze były tak wyklejane co zabierało sporo czasu, ale czas tu nie grał roli. Każda strona mogła żyć własnym życiem. Na spotkaniach na gorąco powstawały kolaże, teksty, komiksy -  poprzez wzajemny wpływ i inspirację tak naprawdę nie było wiadomo czyjego są autorstwa. Z podpisów, skoro były one trudne do ustalenia, po prostu zrezygnowaliśmy.

 

Dzięki sieci wymiany i mail artu, mającej swe miejsce w trzecim obiegu, nasze pisemko recenzowano w innych zinach oraz pismach anarchistycznych. Szelest był coraz bardziej znany i trafiał pod strzechy, od gór aż do morza. Rozpoczął karierę pisma ogólnopolskiego, gdyż ludzie zewsząd przysyłali nam swoje tfu-rcze odpały i gotowe strony. Nie dla wszystkich jednak był do przełknięcia brak podpisywania się.

 

Ciągłe eksperymentowaliśmy i poszukiwaliśmy innych form ekspresji. Nawet po powieleniu uznawaliśmy pismo za nieskończone i nadawaliśmy mu indywidualny i niepowtarzalny charakter poprzez wklejki, kolorowanie odbitych stron  kredkami Bambino, szablony czy ręcznie robione okładki. W końcu i ta forma nam nie wystarczała. Rozpoczął się marsz poza formę pisma, które przekraczać już zaczęło 60 stron.

 

Na spotkaniach powstawały więc pojedyncze strony, nigdy niepowielane, wieszane na słupach czy przystankach tramwajowych, powstawały vlepki i  szablony odbijane na murach oraz inne wariactwa. Jako, że poszukiwania nasze oraz wspólna interakcja oscylowały m.in. wokół  idei anarchizmu to i w Szeleście miało to swoje odbicie.

 

Nie mogąc jednak w pełni wykorzystać ograniczonej formy zina, niektóre znaleziska ze strychów czy antykwariatów postanowiliśmy wydawać jako oddzielne wydawnictwa w formie broszur - wpierw dla przyjaciół i znajomych. Dzięki recenzjom w piśmie anarchistycznym Mać Pariadka w świat poszło jednak info  o małej oficynie wydającej reprinty klasyków oraz tomiki wierszy.
I dopiero w tym miejscu naszej historyjki pojawia się Wydawnictwo Trojka, a raczej Oficyna Wydalnicza Bractwo Trojka bo taką nazwę miało na samym początku. Nazwę Trojka zaczerpnęliśmy z jednej z pierwszych naszych zdobyczy wydalniczych, broszurki powstałej z tekstu zamieszczonego w piśmie Świat słowiański z 1907 r., który zarazem stał się mottem naszego wydawnictwa, najpełniej oddając to czym jesteśmy.

 

"Dusza anarchisty jest jak trojka,
mknąca w wichrolotnym
pędzie po bezgranicznej przestrzeni stepu.
Szeroka natura to pęd do obejmowania nieskończonych
widnokręgów w sferze uczuć, pragnień i dążeń,
to rozmach jakiś, wynikający ze zbytku sił fizycznych,
szukających ujścia dla siebie, ale rozmach
skojarzony z jakąś ogromną tęsknotą"

 

Wydawaliśmy jednocześnie zina Szelest, broszury anarchistyczne, tomiki wierszy, zbiory opowiadań, komiksów, fragmenty  i reprinty odjechanych tekstów. Nie mówiąc już o tym, że angażowaliśmy się w praktyczną aktywność środowiska anarchistycznego.

 

Zabaw zinowych sporo z początku było też w trojkowej oficynie.  Nie odnosiły się one tylko do tematyki wydawanych przez nas tytułów ale i projektów okładek, na przykład pierwsze 100 egz. wielce poczytnego i dosyć klasycznego reprintu Piotra Kropotkina Państwo i jego rola historyczna, z portretem tego wybitnego myśliciela, było ręcznie kolorowanych. Kropotkin ze swą bujną brodą nadawał się do tego doskonale, wprost był  stworzony do tego, by kolorować go kredkami Bambino.

 

W ten właśnie sposób dorobiliśmy się przez lata ponad 80 tytułów broszurowych, niektóre ukazały się w nakładach przekraczających 500 egzemplarzy. W naszej ofercie były i reprinty klasyków i wielo-zeszytowe opracowania o idei anarchizmu. Znalazły się też w niej teksty o świętych grzybach, gra opisowa, poradnik wyrobu win domowej produkcji, reprint o konopiach w wierzeniach i zwyczajach ludowych i inne.

 

Sam papier już też nam nie wystarczał bo czymże jest wydawanie bez praktyki? Przynajmniej dla nas miała i nadal  ma ona duże znaczenie. Z tego też powodu braliśmy czynny udział w aktywności anarchistycznej poprzez udział w spotkaniach, dyskusjach, akcjach bezpośrednich, demonstracjach, niezliczonych plakatowaniach itp.

 

Wykorzystując bazę na skłocie Rozbrat powołaliśmy do życia bibliotekę / archiwum anarchistyczne, w którym zebraliśmy spore zbiory książek, a przede wszystkim pism z całego świata oraz materiałów ulotnych  takich jak ulotki, plakaty, vlepki, dokumenty. Miejsce te działa do dziś i służy badaczom, studentom oraz samym aktywistom.  Prace nad nim zaowocowały wydaniem kilku numerów Biuletynu Poznańskiej Biblioteki Anarchistycznej, który przerodził się w pokaźne objętościowo pismo Przegląd Anarchistyczny. Do archiwum trafiły też  nasze książki i broszury, obecnie jest ono największym upublicznionym zbiorem aktywności anarchistycznej i pochodnych z lat 90-tych i pierwszej dekady XXI wieku w Polsce.

 

Na Rozbracie swój krótki epizod  miał też Kabaret Żenada, a kilka lat później poetycki dada bend Wduś guzik, grający na ryjach (dosłownie). W międzyczasie pojawiły się pierwsze wydane książki, wymienił się skład osobowy. Odchodziliśmy od artu, zin Szelest przestał się ukazywać, choć nadal ta forma ma swoje krótkie wejścia.


Bractwo Trojka stało się w końcu zarejestrowaną firmą, należy dodać że ledwie dyszącą, działającą na tzw. wolnym rynku, którego nikt nie widział i który jak bóg ma wielu wyznawców. Tak jak pewne kwestie wydają się niezmienne, bo Polska jest Polską a wino winem, tak nadal wolimy świat  wolnych ludzi bez jakiejkolwiek władzy i hierarchii, a wino najlepiej swojskie. Ciągle też jednak  się zmieniamy.

 

Czy stuknęło nam te 20 lat czy więcej, a może mniej, pal sześć, do diabła z tymi rocznicami.  Zdaje się, że byliśmy zawsze pod takimi czy innymi postaciami i będziemy nadal choćbyśmy nawet splajtowali (i to najlepiej z hukiem). Jeśli tylko zechcecie bądźcie z nami. Mniej czytajcie, mniej się uczcie, więcej myślcie - i tą oto antyreklamową, jak na wydawnictwo myślą, umieszczoną  na banerze nieraz wywieszanym na naszych stoiskach, zakończymy tę krótką historyjkę.

 

Mam ochotę na koniec ją skasować i już nie wracać do jakiś histerycznych gderań, wymienianek itp. Należą wam się jednak podziękowania za to, że z nami byliście, jesteście i może będziecie. Zapraszamy do popełnienia własnych wspominek, historyjek związanych z naszym wydawnictwem, książkami i pismami przez nas wydawanymi. Nie muszą być one w formie pisemnej, dopuszczamy różnorodność w wyrażaniu własnych myśli. Na bieżąco będziemy publikować na naszej stronie i innych nośnikach wasze wypociny.

 

Ament

Tysart Mezinos

 

Komentarze

Kod antysapmowy Odśwież

Wszytkie kategorie