[ Produkty: ... ]

Ciężka praca, która niszczy ludzi. Polska ubojnią Europy

Czytając książkę Ilony Rabizo, dostajemy obraz ciężkiej (tak fizycznie, jak i psychicznie) pracy, która niszczy wykonujących ją ludzi („krew tryska intensywnym i pulsującym strumieniem”). Nie dając większych szans i perspektyw na polepszenie bytu.

 

W żyłach naszych płynie krew, co ścina się na widok nędzy i ciemnoty (…). Konieczne jest podjęcie walki przeciwko ciągłemu utrzymywaniu pewnych kast i instytucyj (pisownia oryginalna – red.), przeciw układowi stosunków, które oddzielają pracującego od narzędzi pracy. Na takie instytucje będziemy zapatrywać się jako na siły wrogie”. Tymi słowami prawie 140 lat temu prekursor socjologii Ludwik Krzywicki polemizował z czołowym pozytywistycznym kronikarzem epoki Bolesławem Prusem. Krzywicki dowodził, że rolą badacza nie może być tylko analiza zastanych stosunków społecznych. Może on – a nawet powinien – podejmować działania na rzecz zmiany. Łączyć obserwację z aktywizmem społecznym.

 

Tamten dylemat przypomniał w posłowiu do książki Ilony Rabizo socjolog i aktywista Jarosław Urbański. Sam Urbański wydał dwa lata temu książkę pod tytułem „Społeczeństwo bez mięsa” (pisaliśmy o niej z resztą w Magazynie DGP). Była to pionierska na polskim rynku próba pokazania, jak ściśle powiązane są ze sobą historia kapitalizmu oraz dzieje przemysłu mięsnego. Jak bardzo uprzemysłowienie uboju wpływa na losy świata – prowadząc do wojen (rzadziej) oraz wyzysku ekonomicznego w zakładach mięsnych (to na co dzień). Teraz dostajemy książkę wychowanki Urbańskiego, Ilony Rabizo, podobnie jak on związanej z anarchizującym środowiskiem poznańskiego Rozbratu. „W kieracie ubojni” jeszcze mocniej wpisuje się w tradycję badacza aktywisty, której domagał się od polskich naukowców Ludwik Krzywicki w roku 1883.

 

„W kieracie…” idzie szlakiem wytyczonym przez wielu świetnych autorów z przeszłości. Podobnie jak amerykański noblista literacki Upton Sinclair czy francuski psycholog Robert Linhart, Ilona Rabizo sama… wybrała kierat. Zatrudniła się na pewien czas do mało smakowitej roboty przy obróbce mięsa. Akurat w jej przypadku chodziło o ubojnię specjalizującą się w wyrobach z kaczek i gęsi. Bo choć ten rodzaj drobiu nie jest w Polsce szalenie popularny, to produkcja jest duża i niemal cała idzie do Niemiec. Czyni to Polskę europejskim potentatem na tym polu.

 

Pracując w ubojni, Rabizo mogła więc prześledzić cały proces: rekrutację pracowników, ich szkolenie (a właściwie jego brak), samą pracę, wynagradzanie, zakwaterowanie, czas i tempo pracy oraz kontrole i nadzór. Przyglądała się także temu, czy generalne niezadowolenie pracownic (w sporej części Ukrainek) da się w jakikolwiek sposób przełożyć na sensowny opór, prowadzący do poprawy warunków. Nie dało się.

 

Czytając książkę Rabizo, dostajemy obraz ciężkiej (tak fizycznie, jak i psychicznie) pracy, która niszczy wykonujących ją ludzi („krew tryska intensywnym i pulsującym strumieniem”). Nie dając większych szans i perspektyw na polepszenie bytu. Rabizo nie ukrywa, że jej celem było nie tylko pokazanie, „jak to wszystko naprawdę wygląda”. Autorka chce, żebyśmy w Polsce krytyczniej przyjrzeli się branży mięsnej – a zwłaszcza drobiarstwu – które jej zdaniem jakoś od lat wymyka się krytycznemu opisowi. Ot, choćby takiemu, jakiego doświadczył przemysł tekstylny. „Patrzymy na Chiny i Bangladesz, gdzie kobiety zmusza się do niewolniczej pracy dla renomowanych marek, ale to samo albo gorsze rzeczy dzieją się pod naszym nosem w rodzimym przemyśle mięsnym” – pisze autorka, tym samym podsumowując przekaz „W kieracie ubojni”.
Rafał Woś
forsal.pl

Recenzja Jak problem dyskryminacji przybyszów postrzegano w Stanach Zjednoczonych przełomu XIX i XX wieku? Jak do tego podchodziło amerykańskie społeczeństwo?

 

Studia nad procesami dyskryminacyjnymi w Stanach Zjednoczonych mają już obszerną literaturę. Choć wyniki tych badań niewątpliwie rzucają cień na ideały amerykańskiej demokracji, to mimo wszystko trudno podważać zakorzeniony w potocznym myśleniu pogląd, w myśl którego Stany Zjednoczone od początków swego istnienia były miejscem schronienia dla przybyszów z całego świata. Ameryka oferowała przybyszom to czego nie mogli dostać nigdzie indziej, a więc nie tylko azyl czy szanse zarobku, ale również nieograniczone możliwości rozwoju indywidualnego.

 

W istocie znamy niewiele przykładów budowania nowoczesnego państwa jako projektu obywatelskiego, gdzie wszyscy są równi wobec prawa. Już jednak przegląd podstawowych prac na temat dziejów społecznych USA uzmysławia nam, że ideałom równości i tolerancji od początku towarzyszyła równie mocna reakcja natywistyczno-rasistowska, której podłożem było religijnie uzasadnione przekonanie o wyższości WASPs (White Anglo-Saxon Protestants) nad pozostałymi mieszkańcami kontynentu. Ofiarami tego myślenia stały się tysiące ciemnoskórych mieszkańców kontynentu, a później imigrantów przybywających masowo do Nowego Świata. Uboga ludność z Azji, a także wschodniej i śródziemnomorskiej części Europy, nie zawsze mogła się tam czuć bezpiecznie.


Krzysztof Wasilewski podjął się zadania niezwykle ambitnego – przedstawienia anatomii dyskursu medialnego w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku w odniesieniu do zjawisk imigracyjnych. Dokonał tego w oparciu o imponującą bazę źródłową oraz bogatą literaturę przedmiotu. Odważnie zapuścił się na niełatwe obszary badawcze i wyszedł z tej próby zadowalająco.

 

Społecznym skutkom gwałtownego napływu imigrantów od początku z niepokojem przyglądały się sfery rządowe i redakcje najbardziej wpływowych pism. Kwestie regulowania napływu taniej siły roboczej były w omawianym okresie nie tylko elementem polityki wewnętrznej i zagranicznej USA, ale przede wszystkim ważną częścią debaty publicznej. Określiła ona w znacznym stopniu charakter narodowy Amerykanów. Dyskusja na temat cudzoziemców doskonale pokazywała kształtowanie się jednego z bardziej istotnych filarów politycznego myślenia elit w okresie tzw. ery progresywnej, jego uwarunkowań oraz prób samodefiniowania siebie w oparciu o konstrukcję Innego. Liczne wypowiedzi publicystyczne prezentowane w omawianej publikacji przede wszystkim wskazują źródła postaw i zachowań dziennikarskich inspirowanych m.in. popularnością darwinizmu społecznego, teorii eugenicznych oraz wzrostu nastrojów nacjonalistycznych. Brak zdolności do akceptacji „obcych”, a także stopień narastania lęków społecznych, prowadził do wykluczania niektórych grup z procesów wzajemnego przenikania kultur.

 

Dysputy medialne na temat „problemu” imigrantów przybierały często agresywną formę. Jej skutków wielu doświadczyło na własnej skórze. Stanowiska zajmowane wobec obcokrajowców umieszczane na łamach najpoczytniejszych organów prasowych odzwierciedlały poglądy sfer wykształconych, finansjery oraz grup zawodowych określanych mianem tzw. white collars. Wszystkie wymienione warstwy społeczne łączyło przekonanie o etycznym wymiarze swojego postępowania. Postawy, które zajmowali, były w ich mniemaniu zgodne z duchem chrześcijańskiej myśli i swoiście pojmowanego interesu narodowego. Podtrzymywanie poczucia zagrożenia dawało możliwość skutecznego kontrolowania napływu taniej siły roboczej, traktowanej jak towar. Na kartach publikacji znajdziemy niezwykle bogaty materiał ilustrujący obrazy wroga, zarówno na łamach prasy elitarnej, jak i bulwarowej, jego stygmatyzację i dążenie do eliminacji z życia publicznego.

 

Książka Bezdomnych gromady niemałe… dostarcza szeroki wachlarz argumentów mówiących o szkodliwości imigrantów w rozwoju amerykańskiego społeczeństwa. Autor trafnie powiązał wpływ głęboko zakorzenionego rasizmu i ruchów natywistycznych na dyskurs prasowy w odniesieniu do imigrantów. Prześledził rozmaite formy nacisków medialnych na władze stanowe i federalne, aby wprowadzały ustawowe ograniczenia przyjmowania obcokrajowców. Obnażył oportunizm polityków największych partii amerykańskich, zarażonych paranoją antyimigracyjną, inicjujących proces legislacyjny, który przybrał postać uchwał dyskryminujących od słynnego Chinese Exclusion Act (Ustawy o wykluczeniu Chińczyków) z 1882 roku aż do Immigration Act z 1924 roku, która wprowadzała ograniczenia dla imigrantów z Europy. Starał się uwzględnić specyfikę poszczególnych grup etnicznych w określonym czasie, a także stopnie wrogości powodowane uprzedzeniami i stereotypami. Obserwujemy jak przemoc werbalna modyfikowała argumentację w zależności od typu Innego, przy jednoczesnym zachowaniu trójdzielnego schematu propagandy w oparciu o ekonomiczne, polityczne (cywilizacyjne) i społeczne (rasowe) ramy problemowe.

 

Interesującymi fragmentami pracy są te, w których wizerunki obcości ulegają metamorfozom, kiedy na atawistycznie zakorzenione lęki, przesądy i stereotypy nakładano nową wykładnię, przemyślaną i dostosowaną do aktualnych okoliczności społeczno-politycznych. Jest to widoczne szczególnie na przykładzie dwóch różnych negatywnych obrazów azjatyckich grup narodowościowych, Chińczyków i Japończyków. Równie ciekawie przedstawiono konfrontację pozytywnego wizerunku mieszkańców pochodzących z terenów Europy Zachodniej i Północnej z przedstawicielami tzw. nowej emigracji. Najbardziej chyba frapującym zjawiskiem, opisanym w książce, jest pewnego rodzaju paradoks, gdy rasistowskie postawy działały na korzyść białych imigrantów. Do takich wniosków możemy dojść czytając urywki odnoszące się do względnej sympatii Południa wobec cudzoziemców z Europy Wschodniej, dyktowanej troską o zachowanie dominacji białej rasy. Jednocześnie mamy świadomość, że w tym samym czasie na tych terenach dochodziło do wyjątkowo okrutnych mordów na przedstawicielach ludności czarnoskórej, co czyni problem ocen stopnia dyskryminacji m.in. grup słowiańskich w USA dużo bardziej skomplikowanym.

 

Istotnym elementem konstrukcyjnym książki, który trudno przeoczyć, są schematy teoretyczne, w które autor wpisuje swój typ badań empirycznych. Opierają się one na współczesnych koncepcjach socjologicznych, mających jak się wydaje ułatwić opisanie i zrozumienie mechanizmu medialnego kształtowania obrazu imigrantów w przeszłości. Sięga po dość kontrowersyjne teorie Edwarda Hermana i Noama Chomsky’ego, krytyków środków masowego przekazu, przekonanych o tym, że zadaniem mediów jest dążenie do utrzymania hegemonii kulturowej elit gospodarczo-politycznych w oparciu o ideologię (neo)liberalną. Dodać trzeba, że obaj myśliciele kwestionują także status niezależności mediów, gdyż były one i są, jak twierdzą, stałym składnikiem struktur władzy. W konsekwencji hamują wszelkie próby radykalnych zmian społecznych, które mogłyby zlikwidować wiele nierówności społecznych. Ważną częścią konstrukcji teoretycznej pracy jest również analiza ramowa Ervinga Goffmana porządkująca interpretacje oraz zjawiska społeczne w ramach określonego modelu wyjaśniającego.

 

Przy całej słuszności rozumowań zawartych w omawianej publikacji, warto byłoby jednak szerzej osadzić analizowany dyskurs prasowy w epoce. W ówczesnej Europie, która może stanowić punkt odniesienia dla Ameryki, debaty publiczne na temat mniejszości narodowych zaostrzyły się do niespotykanych wcześniej rozmiarów. Afera Dreyfusa pokazała antysemicką twarz ogromnej części francuskiego społeczeństwa. Dużo bardziej agresywne, wręcz karykaturalne narracje dyskryminacyjne miały miejsce w Niemczech i Rosji, nastąpiły po nich kampanie terroru i przemocy wobec obcych. Na tym tle Stany Zjednoczone jawią się nieco bardziej umiarkowanie, przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę tamtejszy system społeczno-polityczny, sprzyjający m.in. rozwojowi prasy etnicznej. Można tam dostrzec w przestrzeni publicznej także opinie przychylne imigrantom. Autor rejestruje te nieliczne głosy rozsądku w kwestii traktowania nowych przybyszów. Mógłby jednak bardziej wyeksponować te fragmenty dyskursu prasowego, które informowały i komentowały działalność znaczących instytucji powołanych do życia przez grupy etniczne. W wielu przypadkach przywódcy stojący na czele swoich diaspor doświadczali swobód obywatelskich, manifestując dumę z poczucia przynależności do młodego imperium.

 

Wiele instytucji etnicznych brało czynny udział w ówczesnych grach politycznych, szczególnie w czasie kampanii przedwyborczych. Kto wie, czy wówczas nie okazałoby się, że front antyimigrancki nie był w Stanach Zjednoczonych aż tak mocny i zdyscyplinowany, jak wynika to z lektury pracy. Pytanie czy w ramach złożonych zjawisk, jakie obserwujemy w ciągu niemal półwiecza, zachodziły pewne odchylenia od normy, które pozwalałyby podważyć schemat propagandowy dyskursu medialnego zaproponowany przez Autora i tym samym wyjść poza odgórnie przyjęte założenia teoretyczne. Nie należy lekceważyć znaczenia rozmaitych kontaktów, form dialogu między ludnością o korzeniach anglosaskich z przedstawicielami innych kultur w omawianym okresie. Na różnych poziomach, w różnej skali dochodziło do wymiany doświadczeń, które powoli przełamywały uprzedzenia i kształtowały postawy akceptacji.

 

Prawdopodobnie nie zmieniłoby to ogólnego obrazu prasowego dyskursu, ani oceny efektów działalności dziennikarskiej w USA, przypadającej na lata 1875-1924. Prasa amerykańska odegrała niechlubną rolę w debacie publicznej na temat imigrantów, chociaż niektóre zjawiska z pewnością można było osadzić mocniej w kontekście historycznym. Warto zastanowić się, które z wypowiedzi stanowiły element zorganizowanych politycznych kampanii prasowych, a które pojawiały się wyłącznie jako spontaniczne odbicie typu myślenia o cudzoziemcach. Pewne formy narracji, które możemy uznać za dyskryminacyjne, obowiązywały niemal wszędzie i nawet prasa etniczna nie była wolna od rasistowsko-nacjonalistycznej narracji, czego dowodzą choćby badania Roberta M. Zeckera nad świadomością rasową słowackich osadników w Stanach Zjednoczonych.

 

Następne dekady XX wieku przyniosły eskalację antyimigranckich nastrojów w Ameryce, ale też dojście do głosu wpływowych nurtów społeczno-intelektualnych, które przeciwdziałały dyskryminacji. Pokazały one realne możliwości stworzenia wspólnoty ogólnoludzkiej, która nie musi być zawężona do jednego kręgu cywilizacyjnego. Ścieranie się odmiennych wizji wyobrażonej wspólnoty amerykańskiej przetrwało wiek XX i odradza się w dzisiejszych czasach. U jej podstaw wydają się często leżeć te same emocje i brak zdolności do refleksyjnego ustosunkowania się do rzeczywistości.

 

Daniel Kiper

www.histmag.org

Zasady są po to, żeby je łamać

 

Dziecięcy przewodnik po anarchii, czyżby? Jak wiele książek i opowieści dla dzieci, ta również za swój, świadomy lub też nie, cel obiera dorosłych. I słusznie! Dorosłym powinno się, jak najczęściej przypominać o tym, jak to jest być dzieckiem, że dziecko to też człowiek i że należy dbać dziecko, które każdy z nas nosi w sobie, które trzeba uwolnić z okowów praw i zasad. Nie bez powodu mówi się, że aby być anarchistą trzeba pozostać dzieckiem.

Od najmłodszych lat jesteśmy wtłaczani w ramy sztywnych norm, które są nam narzucane odgórnie i niejednokrotnie są dla nas niezrozumiałe. Tłamszone i zniewalane jest nasze wewnętrzne dziecko – nasze ja. Cierpi, jego ruchy krępowane są przez kajdany, nie może wyjść z więzienia, w którym umieściło je społeczeństwo i niejednokrotnie my sami. Uwolnijmy je, pozwólmy sobie być sobą!

Pozycja wydana przez Oficynę Wydawniczą Bractwo Trojka jest uroczą książeczką, mówiącą nam:

Hej, obudź się, nie bój się być sobą! Przypomnij sobie siebie z dziecięcych lat!

Książeczka jest prosta i ma na pierwszy rzut oka prosty przekaz, chodzi w niej o bunt przeciwko zasadom. Jednak w trakcie rozmów o książce okazuje się, że każdy dostrzega w niej coś innego. Poszczególne hasła i rysunki interpretowane są w zależności od naszych życiowych doświadczeń, sytuacji życiowej, problemów, marzeń i charakteru. Każdy ma inną ulubioną stronę lub strony, które odzwierciedlają, to co jest dla danej osoby najważniejsze w życiu.

Czasem to, co proste niesie w sobie najwięcej znaczeń, właśnie dzięki wolności interpretacji.

Potwory, które mamy przytulić mogą być naszymi wewnętrznymi problemami, strachami, konfliktami wewnętrznymi. Może po ich „przytuleniu” staną się mniej straszne? Mogą być też wszystkimi strasznymi i nielubianymi ludźmi, którzy po bliższym poznaniu się okażą się całkiem znośni i może nawet uda nam się z nimi zaprzyjaźnić.

Słuchanie najcichszego głosu. Czy chodzi o nasz wewnętrzny głos, szepczący o naszych potrzebach i pragnieniach, stłamszony przez społeczeństwo, czy też o głos tych najsłabszych, pominiętych, wykluczonych, potrzebujących pomocy?

Całość może być odczytywana jako proces dorastania od narodzin, gdy to na świat przychodzimy nadzy, a potem najpierw samotnie budujemy swoje ja – szyjemy swój własny strój. Następnie pojawiają się w naszym życiu różne postaci i z czasem jest ich coraz więcej. Tak też na stronach książki, z czasem pojawia się coraz więcej postaci.

Może też stanowić metaforę do buntu młodzieńczego, gdzie z próbujemy naszych sił w świecie, uczymy się siebie i w jaki sposób współżyć z innymi. Musimy rozwiązać konflikt interesów między grupą a jednostką.W procesie buntu młodzieńczego budujemy swoją pewności siebie, która daje nam siłę do życia.

15168897_1835204186726612_3592920276925971881_o-1

Książeczka może być dużym wyzwaniem dla rodziców i wychowawców. Myślę, że nie jeden dorosły może mieć opory przed przeczytaniem jej dziecku, bojąc się jej skutków. Bojąc się, że dziecko odczyta ją tylko na dosłownym poziomie i dostrzeże w niej tylko bunt i indywidualizm. (Taki strach oraz całkowitą ignorancję w temacie anarchizmu prezentuje autorka recenzji na stronie Polonia Christiana, myląc anarchizm, liberalizm i „anarchokapitalizm”. Jeśli ktoś ma ochotę się pośmiać, to zapraszam tutaj)

14656402_1806915589555472_7915073903031480879_nSama miałam problem z tą książką. Brakowało mi w niej umiejscowienia dziecka w społeczeństwie i wyjaśnienia, że należy też uwzględnić potrzeby innych, i to właśnie jest do przepracowania z dzieckiem. Na tym przecież polega wychowanie i na tym polega trudność tej książki, ale z drugiej strony, może wcale nie, może dziecko zrozumie to bez naszego tłumaczenia. W trakcie rozmów nad książką dostrzegłam, że społeczeństwo jest reprezentowane przez postacie zabawek, potworów i innych stworów. Ważną funkcje spełniają rysunki, które dzieci lepiej przyswajają i intensywniej odbierają niż dorośli. Są tam różne stwory reprezentujące właśnie społeczeństwo i ludzi wokół nas. Dziecko dzieli się, hałasuje i maluje z innymi. Pamiętam, będąc dzieckiem potrafiłam patrzeć godzinami na rysunki w książkach i na ich podstawie przerabiać w głowie całą historię, one dawały mi dodatkowe informacje na temat opisanych sytuacji.

Istnieje kilka tłumaczeń tej książki. Sposób interpretacji i tłumaczenia tekstu zależy od światopoglądu i przekonań tłumacza, Grecja w Ogniu, na przykład, potraktowała ją jako wezwanie do insurekcji. Porównajcie tłumaczenia i oryginał. Może uda wam się stworzyć własne tłumaczenie. A może dopiszecie swoje własne strony?

Jak powiedział przedstawiciel wydawcy, dziecko nie będzie tak długo przerabiać tej książeczki, jak my. Przeczyta i pewnie rzuci w kąt i będzie żyć dalej, próbując być sobą. Oby udało się to każdemu!

Dzieci na koniec i tak zrobią z tą książką, co zechcą. Coś zupełnie innego niż my.

I pamiętajmy, że to nie książka wychowuje dziecko, chociaż może mieć istotny wpływ na jego rozwój.Wychowanie to proces. Dziecko wychowywane jest przez społeczeństwo, przez wszystkich ludzi, z którymi się styka.

Książka jest dostępna w Anarchistycznej Księgarni Zemsta, polecamy każdemu, zwłaszcza dorosłym <div class= Dodaj komentarz

Wszystkich nas nie spalicie - recenzja

 

Na wstępie należy zaznaczyć, że największym nieszczęściem jest, że taka książka musiała zostać napisana. A musiał zostać napisana, ponieważ zamordowano Jolantę Brzeską, ponieważ tak wiele osób zostało eksmitowanych, pozbawionych prawa do dachu nad głową, wyzbytych z godności, ponieważ tak często zamiast realnej pomocy w obliczu kryzysu mieszkaniowego ludzie muszą wysłuchiwać pustych komunałów polityków i steku nic niewartych obietnic.

Autorzy rozpoczynają od tego, co tak mocno odbiło się na nich samych i współtworzonych przez nich ruchu lokatorskim. Jest 1 marca 2011 roku ostatni dzień, w którym widzianą żywą Jolantę Brzeską. W książce możemy dowiedzieć się wszystkiego, co wiadomo o jej ostatnich godzinach życia i koszmarnej śmierci. Jej zwęglone ciało znaleziono następnego dnia w Lasku Kabackim. Zgodnie z przyjętą przez policję hipotezą było to … samobójstwo. W tak absurdalną tezę trudno uwierzyć, dlatego tak wnikliwie przedstawia się czytelnikowi samą postać Pani Jolanty. Kobiety, która została zmuszona przez okoliczności, by walczyć o swój dom, o swoją godność, prawo do bycia podmiotem, a nie przedmiotem w procesie tzw. reprywatyzacji. Brzeska była jedną, z wielu osób, które miały stać się ofiarami osób zajmujących się skupywaniem roszczeń, a następnie „odzyskiwaniem” kamienic. Słowo „odzyskiwanie” musi być tu ujęte w cudzysłowie, gdyż, jak bardzo wnikliwie wyjaśniają w książce autorzy, reprywatyzacja to proceder, który nie ma wiele wspólnego przekazywaniem prawowitym właścicielem ich znacjonalizowanego mienia. „Po 1989 roku w Polsce sentymentalizm historyczny wręcz eksplodował, bezkrytyczna gloryfikacja II Rzeczpospolitej po latach dała efekt w postaci przyzwolenia przez większość polskiego społeczeństwa na dziką reprywatyzację traktowaną bezrefleksyjnie w kategoriach wyrównywania historycznych „krzywd”. Zwrot dawnym właścicielom i ich spadkobiercom pałaców, kamienic, gruntów czy fabryk miał przywrócić sprawiedliwość, odwieczny ład i porządek. Tyle, że jeśli ktoś ma zyskać, to inny musi stracić”.

Brzeska nie była wiecowym mówcą, ale wyróżniała się uporem i determinacją, wśród organizujących się lokatorów, zaangażowanych w walkę z dotykającą ich niesprawiedliwością. Nigdy nie opuszczała kolejnych spotkań organizacji lokatorskich, uczestniczyła w ulicznych protestach i tych, które odbywały się na sesjach Rady Miasta. Wiele wskazuje, że właśnie jej upór i determinacja, skłoniły kogoś, by nastać na jej życie, możliwe, że chciano ją tylko zastraszyć, ale coś poszło nie tak, komuś puściły nerwy i posunął się do ostateczności. Autorzy starają się przedstawić wszelkie możliwe tropy i ślady związane z tragiczną śmiercią, głównie, dlatego, że o tak rzetelnej analizie różnych hipotez zapomniała policja i prokuratura. Organy ścigania wykazały się niedbalstwem i przyjęły wersję o samobójczej śmierci, najmniej prawdopodobną, ale najwyraźniej najwygodniejszą. Obecnie pojawiła się nadzieja związana z decyzją o wznowieniu śledztwa w sprawie śmierci Jolanty Brzeskiej, czas pokaże, czy przyniesie ono spodziewane rezultaty.

wszystkich-nas-nie-spalicie-b-iext44557229Tragedia warszawskiej działaczki ruchu lokatorskiego stanowi dla autorów również preludium do bardziej szczegółowego omówienia losów innych pokrzywdzonych mieszkańców zasobów lokalowych miasta. W istocie, bowiem postępowanie władz miasta, jak i specjalistów od „czyszczenia kamienic” świadczy o tym, że często, wieloletni mieszkańcy stołecznych kamienic, są jedynie pewnym mało znaczącym elementem owego zasobu. Na własne nieszczęście nie przedstawia „istotnej wartości”, więc można ich razem z owym zasobem „sprzedawać” czy raczej „oddawać” w ramach procesu reprywatyzacji. Dokładnie omawiana jest cała metodyka owego procesu, łącznie z najbardziej znanymi jej beneficjentami, urzędnikami, którzy ów proceder ułatwiają, i prawnikami, którzy nadają mu pozory legalności czy też „dziejowej sprawiedliwości”. W istocie jednak mamy do czynienia z działaniem, które nie tylko krzywdzi obecnych mieszkańców i nie prowadzi, do jakiegokolwiek naprawienia krzywd, a jedynie generuje kolejne. Na podstawie często wątpliwych, nieweryfikowalnych informacji, lub weryfikowanych w sposób pobieżny miasto pozbywa się całych kamienic razem z lokatorami. Skazuje ich tym samym na łaskę właścicieli-spekulantów, którzy chcą się ich pozbyć wszelkimi sposobami, poczynając oczywiście od wielokrotnego podnoszenia czynszu, a nierzadko posuwając się również do gróźb i szykan. W książce możemy szczegółowo poznać historię przynajmniej kilku kamienic i walki ich mieszkańców. Jak z goryczą przyznają autorzy, ta walka rzadko przyciąga uwagę mediów i opinii publicznej, kiedy sami lokatorzy przedstawiają szczegóły swojej gehenny, wielu nie dowierza, że taki rzeczy mogą dziać się w „państwie prawa”. A gehenna lokatorska trwa od lat i odbywa się przy współudziale miejskich radnych i urzędników. Nie tylko lekceważą oni sprawy lokatorów, ale też owocnie ułatwiają nowym kamienicznikom ich działania. Owo przyzwolenie, jak wykazała, niedawna afera z reprywatyzacją działki przy ulicy Chmielnej 70, najwyraźniej ma swoją cenę i pozwala sowicie „dorobić sobie” do urzędniczej pensji. Pozostaje jednak cały czas otwarte pytanie, czy ten kolejny przykład „reprywatyzacji” wreszcie zmusi decydentów do uregulowania tej kwestii. W tym miejscu również czytelnik jest wnikliwie zapoznawany z tym, jakie były już podejmowane wysiłki związane z wprowadzeniem owych regulacji i jak niewiele na razie zostało w tej sprawie zrobione. A zastany stan pozwala na działania „czyścicieli kamienic” i skupujących kolejne kamienice spekulantów nie tylko w Warszawie, ale również w inny miastach. Poznajemy, więc przykłady działań wymierzonych w lokatorów poznańskiej kamienicy przy ulicy Stolarskiej, a także z Łodzi i Krakowa.

Lokatorzy nie mogąc liczyć na wsparcie urzędników i władz, muszą się organizować samodzielnie, często uczyć się na własnych błędach, wnikliwie studiując prawo, poznając mechanizmy rządzące mediami, by umieć zainteresować opinię publiczną swoim losem. Bez względu na wszelkie przeszkody, ta żmudna walka uczy lokatorów pomocy wzajemnej i solidarności, przynosi drobne zwycięstwa i rodzi nadzieję. Jolanta Brzeska zginęła walcząc… i właśnie dalsza walka o sprawiedliwość jest najlepszym hołdem dla pamięci o niej.

Piotr Ciszewski,Robert Nowak "Wszystkich nas nie spalicie" - wydawnictwo Trzecia Strona, 2016 r.

 

Łukasz Weber

 

Recenzja opublikowana na www.rozbrat.org

Ewa Małopolska "Myśleć - znaczy być wolnym"

 

anarchia-i-chrzescijanstwo-d-iext29913937Rozczaruje się ten, kto sięgając po Anarchię i chrześcijaństwo sądzi, że zetknie się z doktryną. Że dostanie do ręki efekt skrupulatnych badań porównawczych, zestawienie kontrowersyjnych wypisków z klasyków anarchizmu oraz biblijnych cytatów. Rozważania Ellula z pewnością nie są pełne, nie wyczerpują tematu, nie są niepodważalne... Ale nie jest to zbiór papierowych mądrości, lecz spostrzeżenia człowieka myślącego, który obserwuje i przeżywa świat - a potem wyciąga wnioski.


A jednak pomyli się także ten, kto wobec powyższego spodziewać się będzie wycinkowego spojrzenia na rzeczywistość, może ciekawego - lecz uzasadnionego tylko z punktu widzenia Ellula - osądu. Autor Anarchii i chrześcijaństwa to człowiek, który swojego świadectwa nie opiera wyłącznie na własnym doświadczaniu, bogatym, ale przecież jednostkowym, lecz także na gruntownych studiach i wnikaniu w teksty aż do krwi. Jego przekonanie o możliwości, a niekiedy wręcz konieczności łączenia chrześcijaństwa z anarchizmem, biorą się przecież z Biblii, a nie z naiwnej wiary lub dziecięcego pragnienia, aby to, czego się chce, było prawdą.


Czym więc Anarchia i chrześcijaństwo jest? Jest historią drogi, jaką człowiek dociekliwy przechodzi od przeczucia do przekonania. Historią drogi człowieka, który świadomie podejmuje decyzję o pójściu za Jezusem, a następnie o wyborze anarchizmu jako osobistej racji. I robi to ani na ułamek sekundy nie porzucając przekonań raz już powziętych i ugruntowanych. O tym, że jego decyzje są efektem szczerych poszukiwań, może zaświadczyć ścisłe określenie granic, w których o zazębianiu się obu postaw w ogóle może być mowa. Postaw - nie doktryn, bo tożsamość określa sposób życia i widzenia świata, a nie zbiory zasad. I dotyczy to w takim samym stopniu anarchizmu, jak i chrześcijaństwa. „Nie będę tutaj postępował tak, by pokazać za wszelką cenę swego rodzaju zbieżność między anarchizmem i wiarą biblijną - uprzedza autor. - Będę trzymał się tego, co wydaje mi się, że zrozumiałem z Biblii, która dla mnie może stanowić prawdziwe Słowo Boże”.


A jeśli dla kogoś go nie stanowi? A jeśli nawet ten, komu Anarchia i chrześcijaństwo przypadkowo wpadła do ręki, z anarchizmem ma najgorsze skojarzenia lub w najlepszym wypadku niczego o nim nie wie? Jeśli nie jesteś, drogi Czytelniku, ani chrześcijaninem, ani anarchistą i nie przechodzisz podobnych do Ellula rozterek? Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, iż po tę książkę z korzyścią może sięgnąć każdy. To publikacja, która obala bardzo wiele stereotypów, zarówno na temat chrześcijaństwa, jak też anarchizmu - i jestem przekonana, że nie tylko pomóc może osobom, będącym w podobnym do autora położeniu, ale również, a może przede wszystkim, powinna trafić do zwykłego czytelnika. I choć jako anarchistka, która świadomie została chrześcijanką, z niektórymi przekonaniami Ellula się nie zgadzam (zawiłe kwestie prozelityzmu oraz interpretacja niektórych fragmentów Biblii), to jednak uważam, że siła świadectwa oraz postawa człowieka, uczciwie poszukującego prawdy, są czymś, z czym warto się spotkać.        



Ellul J., Anarchia i chrześcijaństwo, Bractwo Trojka, Kraków - Poznań, 2015

 

UWAGI NA MARGINESIE KSIĄŻKI HISTORYCZNEJ - recenzja książki "Barykady i katorga"

 

Recenzja została pierwotnie zamieszczona w nr 2(44)/2015 pisma anarchistycznego "Inny świat"


Trudno pisać recenzję książki, która nie jest ani monografią, ani zbiorem dokumentów, ani utworem literackim. Mowa tu o kolejnej pozycji Oficyny Wydawniczej Bractwa Trojka, autorstwa Noja Gitera-Granatsztajna, Barykady i katorga. Wspomnienia anarchisty, która ukazała się na początku 2015 r. W jaki sposób należy recenzować wspomnienia? Subiektywny opis wydarzeń i ludzi, otaczających autora, nie da się omówić za pomocą standardów imadła naukowego. Z tego powodu poniższy tekst jest luźną recenzją, jaka obok książki sygnalizuje szersze zagadnienia, związane z historią.



Dla kogo jest przeznaczona omawiana lektura? Czy w ogóle warto wydawać kolejne pozycje, dotyczące historii anarchizmu? Czy „niczego nie potrzeba nam bardziej niż wyjęcia głowy z piasków przeszłości i skontaktowania się teraźniejszością, bo cóż jest ważniejszego niż walka tu i teraz?”. Czy to strata czasu i odciąganie anarchistów od prawdziwej walki „tu i teraz”, od budowania barykad - zamiast czytania książek, podpalania radiowozów - zamiast pracy u podstaw? Otóż fakt, że „Machno umarł, Bakunin umarł, Durruti umarł - pomarli 100 lat temu!” wcale nie oznacza, iż „nic nie jest w stanie spędzić ich imion z ust polskich anarchistów, uwieszonych na swoich idolach”. To może zapomnijmy wszystko i spalmy te „IPN-owskie tropienia śladów przeszłości”. Cóż wtedy zostanie? Polska w ogniu... Jest ogromna różnica między tym, co robi IPN, a historycznymi inicjatywami polskich anarchistów (których zresztą wcale nie jest tak dużo). Ta pierwsza instytucja poszukuje wrogów, by próbować łączyć swoją wspólnotę narodową, natomiast ruch libertarny stara się wyłapywać pewne cechy wspólne, symbole, elementy spajające i bez tego podzielonych wolnościowców. Nie potrzebujemy szukać wroga, znamy go od wieków, ale nie znamy siebie i nie chcemy poznać. Jeżeli ktoś uważa, że historia anarchizmu jest napisana i że kilka nazwisk ruchowi zupełnie wystarczy, to jest w błędzie. Jeżeli ktoś twierdzi, iż historia nie jest potrzebna, to niech próbuje informować polskich anarchistów i lewaków o tym, co się dzieje w walkach partyzanckich w Ameryce Południowej, o tysiącach zamordowanym chłopów-naksalitów, walczących w Zachodnim Bengalu, których imion nie znaliśmy, nie znamy i nigdy nie poznamy. Może jednak warto skupiać się też na własnym podwórku i poprzez historię - ale oczywiście nie tylko - szukać kluczy do umysłów osób, mieszkających w Polsce? Może ta historia będzie dla nich bardziej zrozumiała, niż walka w Grecji?



Z tej zaiste nihilistycznej postawy nigdy nie wyjdzie formuła kształtu: „By przywrócić polskiemu środowisku anarchistycznemu równowagę między tym, co minione a tym co wciąż żywe i aktualne, chcemy lansować wiedzę o książkach i broszurach, dotyczących współczesnych walk i praktyk oporu” (1). O dziwo, nihiliści mówią o równowadze! Przecież rewolucja nie cierpi równowagi, złotych środków itd.! To nie jest żadna równowaga, a jedynie chęć narzucenia wszystkim anarchistom własnej wizji, która wcale nie musi być słuszna ani zasadna, ani nawet anarchistyczna. Nie mówimy tu o jakiejś wyłącznej misji syndykalizmu czy budżetów partycypacyjnych - lub też innych „legalnych” inicjatyw wolnościowych. Chodzi o to, że nie każdy będzie rzucał „koktajle Mołotowa”, a tym bardziej nie każdy to zrozumie, tak jak nie każdy potrafi pisać książki i - jak się okazuje – także nie każdy je rozumie.



Czy promowanie idei anarchistycznych i ich popularyzowanie (m.in. poprzez historię) jest czymś gorszym niż tzw. antysystemowość skłotersów? Czym portal o współczesnym terroryzmie rewolucyjnym jest lepszy od książek o historii ruchów wolnościowych? Mają po prostu inne profile. Po co nam nauka, przecież propaganda i walka tylko przez czyn. Tylko: czym jest czyn i czemu te czyny służą? Czyżby nasi piewcy radykalizmu mogli pochwalić się czymś konstruktywnym? Możemy się zapytać: po co tworzyć stronę internetową, czy nie lepiej by było zająć się tworzeniem wirusów, niszczących rządowe, policyjne, korporacyjne etc. strony? Gdy już ta strona istnieje, to warto ją robić sumiennie (2). Sumiennie też należy wydawać książki historyczne.



Tradycyjna czerwona okładka i miękka oprawa są znane czytelnikom ze wcześniejszych pozycji poznańskiego wydawnictwa. Tym razem do rąk odbiorców trafiły wspomnienia... No właśnie. Czyje to wspomnienia? Jak wskazuje tytuł, są to „wspomnienia anarchisty”. To akurat nie do końca jest prawdą, gdyż połowę książki zajmują wspomnienia bundowca. Jak się wydaje i jak wynika z samych wspomnień - anarchizm nie jest w nich jakoś szczególnie uwypuklany czy też omawiany. Są to wspomnienia rewolucjonisty, któremu przyszło działać na początku XX w. w Imperium Rosyjskim. Relacje osoby o radykalnych poglądach lewicowych, losy której znakomicie oddają ducha tamtej epoki. Ciężka sytuacja proletariatu, walka rewolucyjna, demonstracje i zamieszki, terroryzm, konspiracja, więzienia i ucieczki, katorga...



Książka została przygotowana przez kolektyw redaktorski, który też przetłumaczył wspomnienia z języka rosyjskiego (3). Kolektywowi redakcyjnemu - co prawda - zabrakło odnośników do polskiej literatury przedmiotu (4). Pewne wątpliwości w związku z tym budzi zapis nazwiska Giter-Granatsztajn. Może warto by było zostawić to, które już było tłumaczone z jidysz, czyli Giter-Granatstein? Jak podkreślił we wstępie sam kolektyw, książka jest napisana łatwym językiem, a jej charakter jest wręcz „skromny” - aczkolwiek dość szczery i autentyczny. I chociaż wspomnienia „robotnika-samouka” zostały przetłumaczone nie najgorzej, niemniej jednak można wyłapać pewne potknięcia językowe, o których powiemy później. Książka została wzbogacona zdjęciami, obrazującymi demonstracje, więzienia oraz katorżników. Szkoda tylko, że brakuje zdjęcia głównego bohatera.



Noj Giter-Granatsztajn - żydowski robotnik-krawiec, urodzony w 1886 r. na tzw. ziemiach polskich, od 1902 r. członek Bundu, po 1905 anarchista, opisuje swoje losy podczas pobytu w Łodzi, Warszawie, Paryżu i Syberii. Z ruchem robotniczym związał się jeszcze jako nastolatek, angażując się w działalność żydowskich socjalistów z ramienia Bundu. Uczestnicząc w bojówkach, poznał cały smak swojego wyboru. Oprócz stałych kontaktów z przemocą (liczne pobicia przez kozaków, policję, klawiszy) i śmiercią, utratą towarzyszy, młody Granatsztajn wspomina również o pozytywnych momentach. Wśród nich tzw. birże robotnicze (s. 10), rzeczywiście odgrywające rolę forów rewolucyjnych, birże, o których krążyły legendy. Na przykład w Białymstoku taka „birża” znajdowała się przy ul. Suraskiej, gdzie anarchiści czuli się jak ryba w wodzie. Nabycie broni i literatury, dyskusje, informowanie o bieżących wydarzeniach rewolucyjnych to tylko cząstka spraw, załatwianych w tych miejscach. Inne przykłady, to udane akcje odbicia aresztowanych towarzyszy czy też wygrane strajki. Ducha epoki oddają też akcje propagandowe i solidarnościowe, powszechnie przeprowadzane w miejscach publicznych, m.in. w teatrach oraz wykorzystywanie świąt religijnych oraz pogrzebów do demonstrowania swoich poglądów.



Granatsztajn, będący świadkiem walk proletariatu łódzkiego i warszawskiego, opisuje swoje przygody. Nie ukrywając i nie zaprzeczając stosowania przemocy, oświadcza o zabiciu policjantów: „schwyciłem za nóż i skończyłem z nimi” (s. 45). Interesująca wydaje się też wzmianka o pobycie w Paryżu, w którym wówczas przebywał znany polski lekarz-anarchista Józef Zieliński. Być może młody rewolucjonista miał okazję, by spotkać się z propagatorem anarchosyndykalizmu przy okazji różnych inicjatyw, podejmowanych przez rodzinę Zielińskich, ale tego ze wspomnień się nie dowiadujemy. Ciekawe są także przemyślenia i rozczarowanie stolicą Francji w kontekście słynnej Rewolucji Francuskiej i sytuacji proletariatu paryskiego. Autor zastanawia się nad sensem ofiar poległych za ideały równości, wolności i braterstwa. Czytając te słowa nasuwają się - chociaż z pewną dozą dystansu i uproszczenia – skojarzenia z wydarzeniami na ukraińskim Euromajdanie i ludziach z Niebiańskiej setki, śmierć których raczej nie przyczyniła się do wymarzonych zmian społeczno-politycznych.



Jeżeli chcemy, żeby publikacje anarchistyczne wyglądały bardziej poważnie, to warto by konsekwentnie ustosunkować się do pewnych tradycji naukowych, a nie pozostawać przy półśrodkach. Na przykład podawać daty dostępu do stron internetowych (ss. 6, 18, 73), ale przede wszystkim - strony w monografiach i czasopismach (ss. 24, 71, 72, 76, 79). Kolejna sprawa, to przypis, dotyczący Narodnej Woli, który jest podany za późno (s. 24) pomimo tego, że na stronach omawianej książki nazwa organizacji pojawia się wcześniej (s. 12). Mało profesjonalne jest też powoływanie się na Wikipedię, jak to było w sytuacji z Bundem (ss. 6, 18). Wydaje się również, że nie warto sięgać do tradycji prof. Wincentego Kołodzieja (5).



W drugiej części wspomnień dość interesującym wątkiem są relacje między kryminalistami a więźniami politycznymi. Charakter tych stosunków, żargon i hierarchia są wciąż aktualne i obecne w zaściankach więzień i łagrów, porozrzucanych po Rosji. W tym miejscu warto przytoczyć potknięcia językowe. Na przykład jest „blatnoj” (s. 41) zamiast „błatnoj” i tu służą pomocą liczne wzmianki w publicystyce czy chociażby wspomniana wyżej Wikipedia (6). Wśród innych uchybień: nie wiadomo, dlaczego w przypisie (s. 43) Dostojewski podany jest z imienia i nazwiska a Korolenko i Czernyszewski bez? Ponadto poprawnie należałoby tłumaczyć Korolenko, a nie Korolienko oraz Tiumeń, a nie Tiumień.



Autor skupia się na opisaniu ciężkich relacji z władzą więzienną, rosnącego poczucia zemsty wśród więźniów, osobistej walce z załamaniem nerwowym w sytuacjach ciągłego znęcania się w więzieniach. Ciekawe są również wątki, dotyczące prób ucieczek, walk więźniów o godne warunki życia, wśród których należy wyszczególnić „goły bunt” i „podkop”. Warto dodać, że wszystkich zainteresowanych bytem więźniów politycznych i katorżników w Imperium Rosyjskim na początku XX w. odsyłamy do ciekawej książki rosyjskiego socjaldemokraty, zresztą również represjonowanego w 1938 r., Iosifa Genkina (7). W swoich obszernych wspomnieniach Genkin opisał atmosferę, panującą w ówczesnych więzieniach, relacje między różnymi ugrupowaniami rewolucyjnymi, a nawet poświęcił rozdział anarchistom.



Wspomnienia Gitera-Granatsztajna są, rzecz jasna, fragmentaryczne i niedokończone. Po 1917 r. zamieszkał w Moskwie, nie wstępując do partii bolszewików. Podzielił los mnóstwa rewolucjonistów, którym udało się przeżyć epopeje trzech rewolucji, zamieszki, więzienia i katorgi, a których spotkały represje stalinowskie. Został rozstrzelany wraz z innymi anarchistami w czerwcu 1938 r., a rehabilitowany już w czasach odwilży.



Reminiscjencje Gitera-Granatsztajna są ważne również z tego powodu, iż dają możliwość porównania warunków więziennych wtedy i dzisiaj. Mamy na myśli fakt, że wkrótce powinien ukazać się dziennik współczesnego białoruskiego anarchisty Igora Oliniewicza, Jadę do Magadanu. Zapoznając się z tymi dwiema pozycjami osób żyjących w zupełnie różnych czasach i okolicznościach społeczno-politycznych, odkrywamy, iż między nimi jest więcej podobieństw niż może się wydawać. Te same metody policyjne, ci sami zdrajcy w ruchu, ta sama cena z wybór drogi rewolucyjnej. Od razu nasuwają się słowa z Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna: „Przy prawdzie stać - to jeszcze mało! Siedzieć za prawdę - sztuką całą!”. I jeden i drugi anarchista są ideowcami, konsekwentnie trzymającymi się swoich ideałów. Jak wielu z nas należy do tego grona? Ich bezkompromisowość może służyć nam dobrym przykładem. Chociażby dlatego warto wydawać i czytać podobne książki, by mieć nie jednostkową, chwilową, mimolotną wizję dnia dzisiejszego, a bardziej całościowy wizerunek świata i ruchu. Żeby budować narrację nie od 6. lutego 2008 r. czy też 14. maja 1970 r., a przez tak ważne dla nas wydarzenia, jakim była rewolucja 1905 roku i dalej, sięgając nawet protoanarchizmu, w postaci Antyfonta czy taoizmu.



Bez historii, bez pamięci nie ma tożsamości, nie ma głębszej świadomości tego, skąd pochodzimy i dokąd zmierzamy, nie ma analizy samych siebie. Nie ma wniosków nad popełnionymi błędami, nie ma refleksji nad taktykami i strategiami. Przecież insurekcjoniści też czytają Julesa Elizara i zachwycają się Nestorem Iwanowiczem. Podejrzewam, iż nie mają niczego przeciw, żeby o osobach, które obecnie są przetrzymywane za kratami, pisano po latach. Czyżby nie warto podkreślać, iż anarchizm i dążenie do wolności ma długie i różnorodne tradycje i oblicza? Świat nie kończy się na Grecji, jak również anarchizm nie kończy się na powstaniu i walce zbrojnej. Najwyżej może od tego się zacząć lub dopełniać całokształt praktyk anarchistycznych w odpowiednim czasie i miejscu. Może wpierw należy stworzyć podstawy do powstania masowego ruchu rewolucyjnego w Polsce? Jeżeli portal informacyjny jest taką próbą, to wspomnienia Granatsztajna jak najbardziej się w nią wpisują. Miejmy nadzieję, że wśród krytyków historii nie ma osób, które są zdania, iż najlepiej w ogóle nie mieć anarchistycznego wydawnictwa, m.in. promującego chrześcijański anarchizm (8).



Należy doceniać różnorodne formy praktyk anarchistycznych, których podejmują się polscy anarchiści. Owszem, ruch jest słaby, a może nie ruch, a tylko środowisko. Niemniej jednak nie można akceptować wyłącznej roli mesjanizmu i jedynie słusznej taktyki, jaką starają się odgrywać niektóre kierunki anarchistyczne. I jeszcze jedno - warto uważać przed flirtem (no, bo jak nazwać stosunek do niej polskich insurekcjonistów?) z przemocą. Chyba nie trzeba podawać licznych przykładów, związanych z nadużyciami i zwyrodnieniem takich struktur jak Machnowski kontrwywiad, milicje Durrutiego czy też terrorem nieumotywowanym rosyjskich anarchistów początku XX w. Innym świetnym przykładem jest Juda Grossman-Roszczin - lider terrorystów-czarnoznamienców, który aktywnie działał m.in. w słynnej stolicy anarchizmu - Białymstoku, a który po 1917 r. stał się anarchobolszewikiem. No, ale są to przykłady historyczne, „piaski przeszłości”...



Nikt nie zabrania radykalnych metod, ale w tym wirze rewolucyjnym często zapomina się o szczerości i zaufaniu wobec siebie, dialogu i realnej współpracy. A pomoc wzajemna i solidarność ustępują miejsca stałemu oblewaniu się brudem i wzajemnymi oskarżeniami.

 

Aleksander Łaniewski

 

Giter Granatsztajn N., Barykady i katorga. Wspomnienia anarchisty, Oficyna Wydawnicza Bractwa Trojka, Poznań 2015, ss. 84

 

Przypisy:  

(1) Machno umarł, Bakunin umarł - Niech żyje Anarchia!, http://grecjawogniu.info/?p=24437 (dostęp 25 V 2015);

(2) Na przykład były białoruski więzień polityczny nazywa się Aleksander Franckiewicz, nie Frankiewicz. Wywiad z białoruskim anarchistą Aleksandrem Frankiewiczem (video), http://grecjawogniu.info/?p=25137, (dostęp 25 V 2015);

(3) Н. М. Гитер-Гранатштейн, Первое массовое движение на западе России в 1900-х гг., „Каторга и Ссылка” 1925, nr 5, ss. 190-209; Воспоминания о каторге. „Каторга и Ссылка” 1930, nr 5, ss. 160-169; nr 6, ss. 111-125. Wzmianka o nim znajduje się również w niezwykle ważnym źródle, jakim jest Политическая каторга и ссылка. биографический справочник, отв. ред. М. М. Константинов, Москва 1934, s. 143;

(4) Chociażby do pisma Z pola walki 1966, nr 2 (34), ss. 471-472;

(5) Autor zabłysnął wiedzą wikipedyczną w pracy Anarchizm (źródła, jego twórcy, metody walki), Toruń 2009;

(6) http://pl.wikipedia.org/wiki/Błat (dostęp 25 V 2015);

(7) И. Генкин, По тюрьмам и этапам, Петербург 1922;

(8) Jacques Ellul, Anarchia i chrześcijaństwo, Poznań 2015.

 

Strona 1 z 13

Wszytkie kategorie